627) Uczę Się.


01 czerwca 2009, 17:50 skomciuj (8)
Nazat w Krakowie się odnalazłszy, musiałam z Carolem wyruszyć na polowanie do Carrefoura. Na miejscu wyjątkowo spektakularnie udało mię się wysunąć wózek ze zgrupowania innych wózków. Był tamój zakleszczony; jakaś pani pocisnąwszy zuotówkę nie była w stanie go wyciągnąć i zrezygnowała. Ja, jako prawdziwy mężczyzna, podeszłam, rąbnęłam i wózek był mój. Wydawszy jakiś czas później multum kasy na jadło i przedmioty gospodarskie, uderzyłyśmy jeszcze do stoiska Inglotowego, gdzie zainwestowałam w cudnej urody niebieski lakier do paznogci, który ma za zadanie współgrać z preferowanymi przezemń ostatnio dodatkami do odzieży. Następnie przypomniało nam się z C., że przecież miałyśmy do Empiq wejść, zapytać czy mają bilety na Kult. Z bólem srdca musiałyśmy się w takiej sytuacji rozdzielić. Carol została na straży wózka z zakupami, a ja wkroczyłam do owego królestwa rozrywki.
Wytrzymawszy przydługawe zapytanie klientki, która przyszła sekundę wcześniej niż ja, zasięgnęłam języka w sprawie pożądanych biletów. Za ladą stało dziewczę, które - jak skomciowałyśmy potem z C. - afiszowało się wyjątkowo z tym, że nadchodzi do niej sesja. "Uczę Się".
Problem z wyszukaniem biletów w bazie był ogromny, wiódł przez meandry wpisywania nieznanych haseł na trudno dostępnych stronach internetowych, ale koniec końców się udało się. Postanowiłam byłam wyzbyć się agresji, więc czekałam cierpliwie i byłam jedną wielką wyrozumiałością. Grzecznie tylko zwróciłam uwagę, że znaleźny bilet oznaczony ceną 40 zu nie je moim wymarzonym, z uwagi na fuckt, że jako studentka powinnam mieć za 30.
Tu już trzeba było zawezwać z zaplecza koleżankę, "Szefa Sekcji", i with the little help from her friends udało się wszystko do momentu, gdy mus było drukować bilety. Dwakroć sztuka ta się nie udała, bo maszyna w tajemniczy sposób wciągała gotowe bilety. Dopiero trzeci zestaw wylazł i nie wrócił, przyszedł do mnie wreszcie, wreszcie, wreszcie. Po małych zawirowaniach z kartą płatniczą, mogłam opuścić sklep, a C. zapytała, czy sprawdzali mi tam paszport i wizę, a może zaczęłam czytać "Łups!"?
W każdym razie bilety zdobyte i jesteśmy gotowe na kultywowanie. Ponadto przywiozłam sobie z Katowic glany. XD

628) Wrażliwy podmiot.


02 czerwca 2009, 17:29 skomciuj (4)
Na ćwiczeniach z cywilaska zapoznawalim się dzisiaj z opiekuńczym obliczem ustawodawcy. Okazuje się, że nie tylko jest on "wrażliwym podmiotem, który doskonale rozumie stosunki wiejskie" (jak to w zeszłym tygodniu zachwycał się Mistrz Intonacji, dr K.), ale także wie, jak opiekować się innymi podmiotami. Mielim kazus o facecie, który uznał dziecko, co jeszcze w brzuchu było, a potem się urodziło - tak to się czasem kończy - i niespodziankę w postaci siostry bliźniaczki przyniosło. Pytanie do kazusu (zarazem też przez kazus zadawane): czyje to dziecię, jedno i drugie. Z Carolem toczyłyśmy dialog poboczny w stosunku do dyskursu na zajęciach, komciując wszystko. A co, jak dzieci się równocześnie urodziły? Ała. Jednak dyskurs w pewnym momencie stał się prawie tak urzekający jak nasze szepty.
- Myślę - rzekł kolega, który najwięcej przemawia na ćwiczeniach zawsze - że uznanie obejmuje całą macicę.
Fuckin' kjót.
Następnym tematem był wkurzający rozdźwięk między przepisami prawa materialnego i procesowego w jakiejś kwestii. Podobny rozdźwięk wprowadzę ja. Oto po ćwiczeniach poszłyśmy z Carolem na wyprawę. Niestety, nie mogę napisać jak przedstawiała się materialnie, ponieważ cel nasz ma być prawie taką niespodzianką jak siostra bliźniaczka. Ale procedura - i owszem, przedstawię. Najsampierw w jednym sklepie przeszukałyśmy półki i nie było przedmiotu naszego mrocznego pożądania (< o/). To nic, jest jeszcze jeden taki sklep. Udałyśmy się tamój, i tamój też nie było. OK, to jeszcze trzeci. Buuuu, brak. Koniec końców zdecydowałyśmy się na gorszy nieco model, spełniający wszakże wszystkie przesłaniespodzianki. (\o >)
Jeszcze w tym marszu szewc się zaplątał. Od innych wymagam ładnych butów, to i belkę we własnych zobaczyłam; w dwóch parach obcasiki ździebko się zdarły, w tym w kultowych niebieskich szpilkach. A szewc powiedział, że nie ma niebieskiej farbki i nie upiększy mi bucików. Ale nie ma faila, wymaluję sobie moim nowym lakierem, to akurat ten kolor. Lakier w ogóle jest uroczy, choć jeden kolega przysucharzył dzisiaj, że wyglądam, jakbym sobie młotkiem w rękę rąbnęła. Aż tak wrażliwym podmiotem nie jestem, żeby siniec wystąpił w dziesięciu miejscach, powiadam, a on pyta, jak to możliwe że w ogóle jestem wrażliwym podmiotem. Ech. /o\


629) Leksizm.


03 czerwca 2009, 18:54 skomciuj (4)
W budynku, w którym Karol Olszewski skroplił gazy, przysiadłyśmy z Carolem na ławeczce, w oczekiwaniu aż drzwi do sali ćwiczebnej otworzą się i będziemy mogły przysiąść na krzesłach z idiotycznymi doczepionymi blatami, uniemożliwiającymi normalnie zbudowanym białym kobietom założenie nogi na nogę. Siedziałyśmy więc; ja rozedrgana przeżywałam moje spotkanie z profesorem Voshem, który jednakowoż nie mógł wpisać mię oceny do karty egzaminacyjnej, albowiem zmierzał na rozmowę w "Katedrze". Carol natomiast zabrała się za czytanie kodeksu rodzinnego i opiekuńczego zarazem. Sekundy mijały, tętno mię się uspokajało, koło nas przechodzili inni studenci, którzy tłumnie zmierzali do czytelni, a ich wysokie chude postaci przygarbione były pod ciężarem okularów i licznych wyprysków na twarzach. W pewnym momencie pojawił się chłopak, który odbiegał aparycją od opisanego powyżej typowego studenta prawa, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest zdrowie. A także chłopięce ekstraordynaryjne zachowanie, bo wystawcie sobie, że wystosował w naszą stronę długie badawcze spoźrzenie, którego celem nie była Carol, nie byłam ja. Celem był Carolowy kodeks.

o_O!


Chłopiec przekrzywił głowę, żeby dostrzec okładkę, po czym uśmiechnął się i poszedł do tej swojej czytelni. Zdążył jeszcze dostrzec moje spoźrzenie: SRSLY WTF plus ostry Witkacy. Speszył się. Carol stwierdziła, że strasznie leksistowsko się zachował i nie sposób nie przyznać jej racji.
Wczoraj też miałam spotkanie z Obcym, obdarzył mię spoźrzeniem godnym małego szczeniaczka i zapytał, która godzina - zmusiwszy mię do wyrugowania słuchawek z uszu - starałam się odpowiedzieć mu miło, bo staram się odpowiadać wszystkim miło, ale tę dziewiętnastą dwadzieścia mógł równie dobrze wypowiedzieć Witkacy. Przemiana wewnętrzna bohatera jest taka ciężka. XP

630) I.


04 czerwca 2009, 16:15 skomciuj (1)
Mgr Szlaczek to człowiek, który nie zawraca sobie głowy prowadzeniem zajęć, kiedy dla przykładu biomet jest niekorzystny, kiedy zbliżają się święta, ferie, obchody dwudziestej rocznicy upadku komunizmu wreszcie. Wreszcie! W oczy rzuciła się mnogość policjantów, którzy z okazji ustawki na Wawelu wylegli na ulice, ale tak ogólnie to wydawało mię się nawet przejezdnie. Tymczasem mgr Szlaczek nie przybył, piętnaście minut minęło i ktoś rzucił hasło, że wartałoby zrobić listę, ponieważ osoby z przyszłości - uczęszczające na piątkową grupę - miałyby niezasadnie wpisaną nieobecność. Tedy grupa wygenerowała listę jedenastu członków swych i zaniosłam ją do sekretariatu, który zarazem jest pokebolem przechodnim wiodącym do sali, w której zwykle mamy zajęcia. Grupa przystanęła w przedsionku sekretariacim, ażeby mi kibicować. Zamierzałam poprosić jakąś osobę fizyczną, żeby temu Szlaczku poka poka zrobiła listy. Natknęłam się na jakąś panią i zaprezentowawszy mój dezyderat, natknęłam się z kolei na jakiś mur, mur nierozumienia, nietolerancji, znieczulicy, nie, nie, nie, jeszcze raz nie!
- Ale jak to, jak to możliwe, że pana Szlaczka nie ma? - rzekła pani z lekką nutką angielskiego w tej wypowiedzi.
- No nie ma.
- Ale jak to; poczekajcie jeszcze, może przyjdzie.
- Czekaliśmy dwadzieścia minut.
- Oł, ale może przyjdzie, są takie korki, takie warunky.
- Jest również kwadrans akademicki.
- I jak sobie pani to wyobraża, jaką mam gwarancję, że pan Szlaczek to dostanie?
- Na przykład proszę do drzwi przyczepić, może pani również mu zostawić na stoliku, pewnie przyjdzie kiedyś.
- Oł, a nie mogłaby pani po prostu wziąć tej listy?
- >__< To pozbawia ją mocy dowodowej, a poza tym może pan Szlaczek przyjdzie na kolejną swą grupę.
- Oł, a co z waszymi zaliczeniami?
- W przyszłym tygodniu.
- Oł, a Boże Ciało?
- Boże Ciało to Boże Ciało, my się we wtorek spotkamy.
- Oł. Ale nie mogę w to uwierzyć, że pan Szlaczek nie przyszedł, IT'S UNLIKE HIM, żeby nie przychodzić.
- *facepalms*.
Koniec końców przyszpiliła listę do drzwi, ale widziałam, widziałam to w jej oczach - idea wciąż do niej nie dotarła. Do tego czasu z dziesięciu kibiców na placu boju zostało trzech.
UNLIKE HIM. A może pani ćwiczyła się w randomicznych puentach? Wczoraj z C. rozmawiałyśmy o tym, że niezły facepalm był na finansowym, jak jakaś producentka sucharów świadczyła je doktorowi K. Carol uznała, że cenną umiejętnością Rozbawiacza Słuchaczy jest łagodzenie lembasów innych ludzi. Należy po NOT FUNNY puencie prawdziwą FUNNY puentę. Wówczas wszystkim będzie wesoło.
- W sumie - zastanowiłam się - można by zacząć w ogóle mówić same puenty nie Rozbawiając Słuchaczy, lecz Wprawiając Ich w Osłupienie.
- Albo same początki.
- Albo same środki.
- XD.
- XD.
- Ale jak rozpoznają, do której kategorii należy dana wypowiedź?
- Hmm, pewnie istnieje domniemanie co do "dawno dawno temu". W każdym razie po sucharze można mówić jakąś randomiczną puentę.
I tak od wczoraj mówię randomiczne puenty. Ciekawym sposobem na powiedzenie randomicznej puenty, którą polecam wszystkim, którzy pragną Wprawić Słuchacza w Osłupienie, jest zapalenie spójników. Przykład:

Osoba A: Jak będzie zimno, to założę bluzkę z krótkim rękawem i sweterek.
Osoba B /stanowczo/: I.

Mam nadzieję, że powyższy wywód nie jest tak niezrozumiały, że równie dobrze mogłabym napisać tylko "I". Acz mam jeszcze lepszą abstrakcję do opowiedzenia, tylko że to poczeka na lepsze czasy, czasy głosu i ucha, a nie dłoni w twarzy nad podręcznikiem do cywila. ^^

631) Starfish really loves you!


05 czerwca 2009, 22:10 skomciuj (5)
Imaginujcie sobie, Czytelnicy, że dostałam się do Szkoły Prawa Amerykańskiego.

XD XD XD!!!!!!!11111


Najwięcej mię za przeproszeniem zdziwiło, że dostałam 90 punktów za ów esej, co jeśli przedstawiał jakąś wartość, to na pewno nie merytoryczną, a zaledwie literacką. Nie miewano więcej niż 90, czyli moje lanie wody musiało podbić srdce Czytelnika. No spoko.
A zatem - SPA. Będą aromatyczne masaże podwodne z perełką w solance ciechocińskiej z solami z Morza Martwego i algami z Bretanii, okłady całkowite z błota z Morza Martwego, natryski płaszczowe zmiennocieplne i masaże ręczne relaksujące.
Póki co była wyprawa na zwyczajne rolki. Ustawiwszy się z Olgą, wyruszyłyśmy z Carolem na Błonia, gdzie odnalazłyśmy spore emozgrupowanie, co cisnęło na Franza Ferdinanda. Dużo też znowuż policji było i ogólnie swoboda była nie aż tak szeroka jak na przykład swoboda testowania. Pojawił się oto w naszych rozmowach temat prawa spadkowego. Zastanawiałyśmy się, czy u emo przesłanka obawy rychłej śmierci może być zobiektywizowana. Pożaliłam się w pewnym momencie koleżankium, że wczoraj w nocy obudziłam się z chamskim skurczem w sprężystej łydce.
- Było tak źle, że chciałam już testament spisać.
- Mogłaś ustny.
- Nie, bo sypiam sama i nie miałabym świadków.
- Jakbyś nie sypiała sama, to miałabyś tylko jednego świadka.
- Niekoniecznie.
Po czym jakoś wyszło z rozmowy, że chciałabym sypiać z profesorem Gwiazdomorskim, który wiele razy pojawiał się w podręczniku jako spadkorytet i podoba mi się bardzo jego nazwisko; sama bym takie chciała, to i sypiać by z nim trzeba było.
A dalej to już hardkor, stwierdziłyśmy, że profesor łączący w sobie morze i niebo nocą jest jak rozgwiazda, chyba coś w rodzaju STARFISH. Później - sama już nie wiem którędy myśli nasze powędrowały! - zaczęłyśmy rozkminiać, skąd wziął się profesor Gwiazdomorski.
- Przysłali go Obcy!
- I spadł do oceanu, a potem niczym Wenus wynurzył się z morskiej piany i miał rozgwiazdę przyczepioną w strategicznym miejscu.
- Na mózgu?
- XD.
- XD.
Następnie pojawiło się jeszcze trochę ciekawych teorii:
- doktryna powstała z mózgu ustawodawcy,
- posiadł ją byk i tak powstało zasiedzenie,
- doktryna spadła złotym deszczem,
- studenci prawa wyciągnęli parasole i rzekli: "o krva, znowu pada".
I tak to mitologizowało się Rozgwiazdomorskiego i innych. Można by tych innych dopasować do pozostałych creatures z Charlie'go, ale nikt nie jest tak kultowy jak *************. <3

632) Przedkult.


06 czerwca 2009, 13:47 skomciuj (4)
Czuję, że pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni morza. Skupiona wyłącznie niemal na profesorze Gwiazdomorskim, olałam co poniektóre wczorajsze przekulty. Nic nie napisałam o tym, że z Carolem wzięłyśmy sobie plecak jeden, coby w nim buty wozić i nim się wymieniać. Jeździłam z nim najpierw ja około dwadzieścia minut, a C. go przejęła. Oddać nie chciała po upływie podobnego okresu, tłumacząc że włożyła do niego swój płaszcz i teraz je ciężko. Nie naciskałam, postanowiłam ponaciskać po jakimś czasie, ale koniec końców zapomniałam. Gdy zakładałyśmy nazad obuw normalny, rzekłam:
- Ojej, cały czas jeździłaś z plecakiem.
- No, ale to nic.
- Jak to nic, teraz musisz mnie spłacić!
- XD.
- XD.
- A ja jeszcze poniosłam nakłady, bo musiałam go nałożyć.
- To teraz też musisz mi oddać.
- XD.
- XD.
Nie ustaliłyśmy dokładnie kwestii rozliczenia, więc potem mogłam radośnie używać randomicznej puenty "lepiej mnie spłać". Po drodze do domu przez dłuższą chwilę milczałyśmy sobie (wszak spór wisiał między nami!) i Carol ozwała się temi słowy:
- Bo gdy się milczy, milczy, milczy to apetyt rośnie wilczy - I słowa te, wiszące w powietrzu, zastygły, zatrzymały się, jako i struny głosowe Carola, nastało milczenie, milczenie, milczenie. - Na poezję, co być może drzemie w nas.
- A ja sobie nie pomyślałam wcale o poezji, tylko o chlebie kaszowskim i serze wędzonym - zaczęłam.
- Głodnemu chleb na myśli.
- XD.
- XD.

Tak było! A przeKult to dopiero dzisiaj będzie! ^^

633) Pokult.


07 czerwca 2009, 11:45 skomciuj (9)
Mała podróż sentymentalna, jaką odbyłyśmy z Carolem przed koncertem, zakończyła się skomciowaniem nas okrzykiem:
- GIMNAZJUM!
Taki fragment szkolnictwa uzyskuje się założywszy glany, czarną odzież, pomalowawszy paznogcie na czarno i okolice oczu takoż na czarno. Otulone takim mhrokiem udałyśmy się do Portu na spotkanie z panami, a panowie - choć istniały obawy, że nie docenią charakteryzacji - docenili, j/w. Tedy niezła przejażdżka wehikułem czasu. Szczęście, że sprzedali nam alkohol.
Na koncercie zaś istniała od początku obawa, że zacznie lać deszcz. Wszak w skarbnicy wiedzy wszelkiej, Onecie, nie było przedstawionej chmurki na godziny 20 - 2, a to oznacza przecież klęskę żywiołową! (Nie mówiąc już o tym, że cały czas nie ma prognozy na przyszły czwartek, po środzie grupa chmurek się urywa - szykujmy się tedy na koniec świata). W pogotowiu były więc parasole, ale one takie zupełnie nie mhroczne, że to aż ból. Na szczęście dopiero pod koniec jęło padać, a wcześniej po małej konfuzji wywołanej zastosowaniem na start czegoś innego aniżeli "Baranek" bardzo się dobrze bawiliśmy.
Siły już nie takie jak w gimnazjum; od pogo boli kark, a od skakania - wszystko, ale co tam, tworzyliśmy najbardziej ruchliwą grupkę w naszym sektorze. Wyraźny był kontrast między nami a na przykład facetem, co przybył w garniturze, względnie panią, która przez większość czasu stała nieruchomo przede mną. Lecz jak już się ruszyła, to tak, że wpadała swym tylcem na mię. Za pierwszym razem odwróciła się i przeprosiła, ale za drugim - miast po odwrotce wyrzec to magiczne słowo inne niźli "avada kedavra" - zbliżyła palec do ust i powiedziała:
- Ciiiii!
Nie byłam wcale cicho, tylko zarotflowałam i zamierzam teraz stosować ten gest B. Kuźniak-style w miejsce oklepanej grzecznościowej formułki.
Ponadto zresztą zdarłam sobie gardło. Bardzo odpowiadał mi dobór piosenek, wprawdzie paru szczególnie toffcianych brakowało, ale to nic, nic, i tak było kultowo. ^^
A glany to dobre buty, oczywiście, nie ma strachu o delikatne stópki. Olga, odprowadzająca nas na koncert, przypadkiem kopnąwszy k'mojej nodze jakiś kamyczek czy też patyczek, rzekła:
- Przepraszam! A, nie będę przepraszać, masz glany!
Po czym ustaliłyśmy, że osób w glanach się nie przeprasza. Co tłumaczyłoby to ciiii!
Dobrze, ciiii, mogą deptać, mogą do kałuż wpychać, ale poza zdartym gardłem mam teraz zdartą skórę nad piętą. Niemetale reagują silniej.
KULT KUL KULT!!!!!!!!!!!!!!!!!111111 ^^

634) Krokodylex.


08 czerwca 2009, 22:15 skomciuj (3)
- Krowa - rzekłam znienacka, zainspirowana skrótem nazwy kodeksu rodzinnego i opiekuńczego zarazem. - Kromka. Krotochwila.
- Krokodyl - odpowiedziała Carol.
- Krokodeks.
- Krokodylex!
Dzień płynął sobie niby krokodylex w Nilu. Aż porzuciłyśmy budowę cywilistycznej piramidy i wybrałyśmy się na rolki. Wcześniej jednak wstąpiłyśmy do Olgi, miałyśmy bowiem urządzić sobie małą sesyjkę wizażu. Dzierżąc tedy siaty ze sprzętem ciężkie, wysiadłyśmy na przystanku Pedouniwersytet i po drobnych zawirowaniach trafiłyśmy do właściwego bloq.
- Carolex - ozwała się Carol siedząc już u Olgi. - Carol, lex i rolki, cały dzisiejszy dzień.
No nie do końca jednak, nie do końca. Carol, owszem, była. Lex niestety takoż. Rolki nje. Albowiem gdyśmy wizaż zainaugurowały, tak nas wciągnęło dobieranie cieni do powieki Olgowych, że nie zdążyłyśmy przed lunięciem uskutecznionym przez deszczyk. Ale to nic, pomęczyłyśmy trochę powieki i okolice, męczona zasię broniła się zapuszczając nam "Terminatora". Pełna symbioza. Osiągnięty natomiast efekt był słitaśny. Można wszakże powiedzieć, że mamy wybadany grunt i lepiej jesteśmy przygotowane na kolejne tego typu spotkania. XD
Pobrałyśmy rolki i - mega uradowane, że je ze sobą w ogóle zabrałyśmy - udałyśmy się do tramwariata, następnie do autołobuza. W tymże boskie spotkanie - wsiadła w pewnym momencie pani od niemietzkiego i po wymienieniu ze mną paru zdań, popadła w głosową zwłokę, można by się zatem skrępować, ale ja walczyłam raczej z wybuchem śmiechu. Dobrze, że niemietzki już je przeszłością.
I tak to, a teraz co, Katjahlex? Katjahlex. >___<

635) Przytul się do brzózki.


09 czerwca 2009, 18:43 skomciuj (4)
Z rańca zastanawiałyśmy się z Carolem, jak to możliwe, żeby zarazem płakać na filmie "Pylenie brzozy" - co jako alergik uskuteczniam - i powiadać "przytul się do brzózki", bo tak czasem powiadam nabijając się z obecnej w społeczeństwie dendrofilii i wiary w to, że brzózka przyniesie szczęście czy coś. W czerwcu kolizja ta wydawa się jakby mniej rażącą, brzoza bowiem już była wypyliła, ale rozpatrując problem bardziej abstrakcyjnie, jedynym wytłumaczeniem zdaje się być skłonność do masochizmu, co w obliczu wyraźnych skłonności do sadyzmu danej jednostki obala również i tę eksplanację. W każdym razie, rozkład mózgu wywołany nauką jest daleko posunięty.
- Dziś w Rossmannie muszę kupić cztery rzeczy - zaczęła C.
- Brzózkę, dąbek, klonik i lipkę.
- Czyli: zmywacz, szampon, balsam -
- XD.
- XD.
- Powiedziałaś to jak do jakiegoś szaleńca, któremu chcesz wpoić prawdziwy świat.
OK, to też dość abstrakcyjne ujęcie. W każdym razie poszłyśmy do Rossmanna i tam udało się upolować wszystkie bodaj drzewa. Stojąc w kolejce do kasy, przyuważyłam coś oburzającego. Była to figurka DWUGŁOWEGO DINOZAURA. WTF? Przecież istnieje hydra, istnieją zwyczajne dinozaury, smoki (tak!), ale jak w ogóle można wprowadzić do obrotu dwugłowego dinozaura? Doczepioną miał karteczkę, na której stało napisane: 100% NATURE. No tak, przecież to normalna sprawa, że takie coś występuje w naturze!
Żałuję, że nie byłam na Paradzie Smoków. Chociaż sądząc po tym, co się szlajało na brzegach Wisuy, też traktowali tego typu stworzenia mocno niekanonicznie. Trzeba mieć jakieś zasady w abstrakcyjnym świecie kwasu!!!!!!11111

636) Gimnazjum im. Karola Olszewskiego.


10 czerwca 2009, 17:27 skomciuj (11)
W szkole ostatni dzień przed rozdaniem świadectw, to i oceny trzeba było wystawić. Po pierwszej lekcji - k.p.k. - podeszłyśmy z Carol i Olgą do naszego pana, a ten obejrzawszy oceny w dzienniku, zdecydował, że dostaniemy 4+. Myślałam, że będę mieć 4, po tym jak w pierwszym semestrze chodziłam na lekcje bez dziewcząt w/w i nie miałam od kogo odgapiać na klasówkach. No spoko, potem była niestety odwołana lekcja finansowego, ale nauczyciel zaszył się w swym gabinecie i wpisywał oceny do dzienniczków ucznia. Tu również dostałam śliczną czwóreczkę z plusem, choć z ocen wychodziło mi trochę niżej, ale pan od finansów był bardzo miły, chwalił urodę uczennic i zachęcał do siadania naprzeciwko nauczyciela. Tak zwane piękne oczy! Najgorsza była lekcja z k.p.a., której też nie było, choć na poprzednich zajęciach podobno był sprawdzian z p.s.a. i uczniowie przyszli poznać wyniki. Tłumnie zgromadzili się przy pokoju nauczycielskim, gdzie skryła się trójka pedagogów i omawiała prace dzieci, a także wystawiała noty. Jeden chłopczyk, na pytanie moje, czy jest tam też nasza pani, powiedział że owszem. Po czym pojawiła się kolejna dziewczynka w kolejce i zapytała - inspirując mnie prawie tak jak Markowy okrzyk "GIMNAZJUM!" do rozpatrywania budynku, w którym Karol Olszewski skroplił gazy jako Gimnazjum im. Karola Olszewskiego -
- Są tam wszyscy nauczyciele?
Cha cha cha, ale zabawne! Postałam w tłumie, jak na szkolnym apelu, w końcu pani mnie zawołała i dała mi czwórkę, ale to już wcześniej wiedziałam, bo już miałam w dzienniczku. U nas w szkole oprócz dzienniczków są jeszcze takie kartki, i jeszcze system w komputerze, i trzeba mieć wszędzie te oceny.
Później jak szłam, to spotkałam takiego przystojnego chłopca z IIIb i powiedział mi cześć! A ja mu! Myślicie, żeby go zapytać, czy chce ze mną chodzić?
Ale szukałam mojej najlepszej psiapsióły, która poszła po ocenę do pana od admina i później razem szłyśmy przez miasto. Akurat w duchu bardzo się cieszyłam, bo już się skończył dodatkowy niemiecki, dlatego mam więcej czasu wolnego i mogę na przykład iść dzisiaj wieczorem na piwo, a mama będzie myślała, że jestem na niemieckim! Ale od tych złych myśli spotkałam w poniedziałek panią od niemieckiego, a dzisiaj jak szłyśmy z C., to spotkałam koleżankę z niemieckiego, która przeprowadzała sondę, jak turystom podoba się Magiczny Kraków. Powiedziałam, żeby zaznaczyła, że marzę o tym, by studiować w Magicznym Krakowie, bo to moje tajne marzenie obok chłopaka z III b i stanika z drutami. :)))

637) 5 dni do cywila.


11 czerwca 2009, 14:14 skomciuj (3)
Jakiś czas temu, przebywając moim wirtualnym ja dla krotochwilki na jednym kobiecym forum, uźrzałam sygnaturkę jednej z użytkowniczek:

20 dni do cywila!

Myślę sobie, że laska ma fajnie; w 20 dni to można wszystko jeszcze raz przeczytać, wykuć, wszystkie kazusy zrobić, a w międzyczasie jeszcze się poopieprzać (pieprz i pisól na zmianę). Po czym doczytałam niżej:

i zobaczę mojego Skarbka! :**** Mojego Miśka :**** Moje słoneczko najdroższe :******

Przypomniało się tedy, co normalni ludzie mają zwykle na uwadze, gdy mówią, piszą, słyszą słowo "cywil". Wczoraj, jako że do naszego egzaminu z cywila zostało sześć dni, poszłyśmy z Carolem do Carpe opić cywila Marka. Zamierzałyśmy się przesiąść do autobusu, co podjeżdża pod Bagatelaha i tak kminim, że przesiądziem się na drugim przystanku już.
- Super, przez dwa przystanki będziemy udawać normalnych ludzi!
- A potem co będziemy udawać?
- Czytających kodeks.
Czytający kodeks. Kul była przerwa w czytaniu go, gdyśmy z Mężem Swoich Żon już zasiedli przy piwie, później zasię pojawili się Radek, Bocian i Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, A Zarazem Chłopiec, Który Przeżył (schizową ma ksywkę, nie?). Nieobecności swej należy żałować, o niewierne żony, o nadrektorzy! Marek rzekł, że jak o żony chodzi, to tylko my jesteśmy takie łatwe, ale za to nas lubi. No i kjót. \\o/

638) Kegel Błażusiak.


12 czerwca 2009, 14:50 skomciuj (8)
Wybrałyśmy się z rańca i z Carolem na zakupy. Po miłych kilkudziesięciu minutach w hipermarkecie Carrefour, postanowiłyśmy zajrzeć jeszcze do obecnego naprzeciw parku Solvay, plota bowiem poszła, że tamój się drogeria Natura czai, a potrzebna była taka koniecznie. Wyobrazić by sobie można było, że spotkamy tam coś lepszego jeszcze niźli dwugłowe dinozaury - skoro w Rossmannie jest takie 100% NATURE, to co dopiero w Naturze! - ale nie, spotkałyśmy tylko dramatycznie oznakowany zjazd na parking podziemny, który przegapiłam, po czym trafiłam na mały parking naziemny, "tylko dla klientów Solway" (dobrze, że nie klijentów), zawróciłam z uwagi na brak miejsc, wróciłam k'temu podziemnego, a tam podwójna ciągła, czyli 10/10 dla projektanta owych drogowych rozwiązań. W Naturze C. kupiła sobie upragniony produkt, po czym wyszłyśmy i korzystając z dalszych ciekawych rozwiązań, trafiłyśmy na Zakopiankę, ale cisnącą w przeciwną stronę niż by się chciało. Zawrotka została wykonana przy jakowymś dworcu autobusowem, gdzie ludzie łazili środkiem jezdni nie filując w ogóle, co się dzieje wokół nich. W końcu, DBS wydostał się z tego piekła.
- To chyba był Borek Fałęcki.
- No, to normalny Borek był.
- Dziwni ludzie tam byli.
- Ano.
- Będziemy mogły opowiadać, jacy dziwni ludzie są w tym Borku.
- Ale weź pod uwagę - rzekła C. - że trafiłyśmy na styk dwóch kultur, kultury pieszych i kultury samochodów.
- XD.
- XD.
Tedy jedziemy, jedziemy i akurat znalazłyśmy się na pograniczu kultury samochodów i kultury czerwonego światła. Przy skrzyżowaniu owym znajduje się sklep z odzieżą roboczą, nazwany przewdzięcznie: Kegel Błażusiak. Został on dogłębnie wyszydzony i wyeksploatowany w żarcikach, Myślach Porannych ("Kegel Błażusiak byłby z nas dumny") i innych, już na pierwszym roku. Ale nie taki suchy suchar jakim go gryzą; Powrócił. Zaczęłyśmy dyskutować o mięśniach Kegla i ćwiczeniu ich.
- Trudno ćwiczyć mięśnie Kegla, jak się śmieje.
- Przestań mnie rozśmieszać! Nie będę ćwiczyć Kegla jak prowadzę!
Błąd, błąd, w internetowym artykule o Keglu, znaleźć można co następuje:

Szybko tę sztukę opanujesz, a wtedy możesz je wykonywać w różnych pozycjach ciała (siedząc, stojąc) i w różnych sytuacjach, np. podczas oglądania telewizji, stania w kolejce czy czekania na zielone światło w czasie jazdy samochodem.

Ja będę ćwiczyć także czytając kodeks, robiąc kazusy i rozmawiając z chłopcami. OK, ale co jak będę mieć od tego zakwasy? Ha, dostanę zgodę na ustny z cywila, bo nie będę mogła siedzieć. Jeszcze nie jest za późno, by złożyć do kierownika katedry podanie szczegółowo opisujące mój stan. ^^

639) Posimadanie.


13 czerwca 2009, 16:25 skomciuj (6)
Jak bardzo pustą zdać może się osoba, której przez pierwszą część nocy śni się bardzo długi sen o wybieraniu osobie ubrania? Potem, przebudziwszy się, osoba zasypia znowu i jej oniryczne ona znowu spędza przed lustrem mnóstwo czasu, a w końcu decyduje się na włożenie białej bluzki do białych spodni i po chwili pędzi zmienić bluzkę? Powiedziałabym, że okropnie pusta, gdyby nie fakt, że ta sama osoba ma tej samej nocy sen o biednych starych ludziach przepędzanych z ich nieruchomości i drących się wniebogłosy, że prawo jest niemoralne i złe. A przepędzał ich fryzjer trzymający wielkie nożyce i wrzeszczał:
- Jestem każdoczesnym posiadaczem!
Punkt za wrażliwość na cudze nieszczęście wyrównuje ujemny za narcyzm.
Jak wiadomo, w każdej sesji trzeba zrobić jakieś dollsa albo pochodną. Simsy 3, które posiada siostrah, są wspaniałym zabijaczem czasu. To już nie te Simy, co miały do wyboru trzy bluzki na krzyż, tu się siedzi i wybiera deseń, a potem bardzo dokładnie kolory, i nie ma, że jest szesnaście kolorów, ino całą rozbudowana paleta. Dlatego mogłam sobie zrobić taką osobę. Yaaaaay! \\o/





Podobna? Na przykład do takiej osoby jak Soba?

640) Enable pedobear.


14 czerwca 2009, 16:13 skomciuj (3)
Głos mojego Bartusia zwabił mnie na dwór. Usłyszałam ten trel ptasi niemalże, te dzwoneczki wesołe, ten miód na uszy; kiedym ręce myła w łazience, a okno ustawione było na podsłuchiwanie świata. Czem prędzej wbiłam nogi w rolki i wyległam na świeże powietrze. I był, jak bardzo młody bóg, skąpany w słońcu, przed moją furtką. Już już zbliżałam się do drugiej jej strony, kiedy spostrzegłam, że B. dzierży w dłoni jakieś urządzenie. Z niegoż dobiegł głos:
- Baza, baza, wzywamy Bartosza na obiad.
AAAAAARGH, zareagowałam gwałtownie, jak gdyby kijem uderzając dziecko, które chciało zerwać jabłko z drzewa. Zbliża się uczciwie Wielka Pedoniedźwiedzica, zamierza grunt sobie wyrobić pod przysposobienie Bartusia, a tu kontrola władzy rodzicielskiej via walkie-talkie. Dramat.
No ale nic, jakoś przełknęłam gorycz tego, że mój mężczyzna woli swą matkę ode mnie i poczęłam ćwiczyć różne rolkowe figury. Gdy tak generowałam slalomy, uźrzałam nadciągające postaci: mojej byłej przedstawicielki ustawowej i Małego Białego Pieska. Matula wzięła ze sobą insze urządzenie - telefon z programem do mierzenia prędkości. Program zdawał się być kul, miał wiele funkcyj, na przykład w menu była opcja, która pocieszyła mnie po wyżej opisanej porażce: "Enable pedometer". Ocena programu mimo wszystko nie mogła być inna niż krytyczna, w istocie rzeczy bowiem nie działał. Najeździłyśmy się to tu, to tam, szybko, wolno, prosto, krzywo, a wciąż GPS nie zdołał sczaić, że to czynim. Robił poka poka 0 km/h, co zaskutkowało smuteczem.
Zdać by się mogło, że przebywam na failowisku, oto niekochana, nie idąca naprzód (nie posuwam się tak, jak hipoteki), trwam sobie w cywilistycznej otchłani, ale dobry humor mam. \\o/

641) Pisulink.


15 czerwca 2009, 17:25 skomciuj (3)
Chciałam wstawić linka do obrazka. I nagle otworzyła się cała rozkmina. Oto zawsze mię się podobał temat na forumie "śmieszne linki". Nikt nie zwrócił uwagi, że to nie strona, do której link prowadzi ma być śmieszna, lecz link sam w sobie. Dlatego, gdy razu pewnego trafiłam na linka jutubowego, który pośród randomicznych literek na końcu miał słowo "DupA", miałam ochotę wrzucić, ale obawiam się, że ktoś by mógł napisać, nie zrozumiawszy mię, że ów DupIATY teledysk nie jest FUNNY. Sama zaś w sobie dupa też jest sucha, chyba że jest mokra. Cha cha cha! Są nowe piosenki Reginy Spektor, gdyż 23 czerwca wychodzi nowa płyta, i w jednej z nich jest cudowny zaśmiech oddający doskonale nieśmieszność suchości świata tego, tedy polecam. Dostępne na myspace (mało śmieszny link, to sobie odpuszczę).
No spoko, a teraz taka rozkmina. Co robią ludzie przed egzaminem z cywila?
Wysyłają sobie pisulinki.
Cha cha cha. XP
Ale nie wstawię pisulinka, jeno powrotnie sentymentalny obrazek sam w sobie. Civil War 2 już jutro o 10.



Zachowkujemy się odpowiednio, a obniżymy kwotę zapisulów!!!!!!!!!!11111

642) Cyhwila.


16 czerwca 2009, 18:41 skomciuj (2)
Chi chi, kochani, to najpienkniejsza chwila w moim zyciu,, dzisiaj muj Skarbek poszedł do cywila...! ;* Taka jestem scensliwa z moim Misiem kolorowym... z moim najjasniejszym słonkem... z moim najsłodszym Robaczkiem!!!!!!! Chi chi! :*****

A tak na serio średni skarbek z tego cywila. Nie było źle, lecz wolałabym Misia kolorowego. Najpierw pisało się test. Za mną co chwila ktoś coś mówił, a ktoś inny był opieprzany za ściąganie, laska koło mnie musiała koniecznie wyjść przed końcem, zbierać musiałam wszystko i ją przepuszczać; normalne akcje jak to egzaminie. Potem kazusy, co do których jakąś tam koncepcję miałam, nawet sensowną, ale nie do końca wiadomo, czy była to słuszna koncepcja. Wbrew przewidywaniom, moim i Carolowym, nie było kazusu o rejsie statkiem, w czasie którego ktoś zapragnął stworzyć testament podróżny, ale kapitan nie mógł i nie chciał brać w tym udziału, ale na szczęście płynął statkiem sołtys i spadkodawca wymyślił, że zrobi testament allograficzny, przeto pojawił się problem konwersji na testament oralny. Poza tym statek był obciążony hipoteką morską, a zrobion był z materiałów obciążonych zastawem rejestrowym. \\o/ Otóż takiego czegoś nie było, acz i tak głupie było. Laska koło mnie powtórzyła manewr, ale ja dobre srdce miałam i nawet po zakończeniu zabrałam jej zapomnianą legitymację. Nie wiadomo, czy słuszna koncepcja, ile będę mieć punktów z kazusów, ale na pewno mam wobec zacnego uczynku gwiazdkę w zeszycie do religii. I test zdałam, jak się zaraz po kazuistycznej zabawie okazało w gablotce oblepionej studentyma. Jednakowoż z cywila I miłym było to, że test sam w sobie zdany oznaczał dst, a tu jeszcze trzeba się czekać na wyniki nie wiadomo ile, no ręce opadają, a causy odpadają.
Przed wznieceniem OGNIA do następnego egzaminu warto było wybrać się na piwo. Poszlim więc do Portu. W sformowanej grupie boleśnie brakowało Olgi, zadzwoniłam tedy do niej i prośbą plus groźbą odciągnęłam ją od nauki.
- Jesteście okropni!
- NIE JESTEŚMY OKROPNI, TYLKO BARDZO ŻYCZLIWI, BO CIĘ ZAPRASZAMY!!!!!!! :[
Czuję, że coraz lepiej mi idzie z Intonacją. Najważniejsze, że zadziałało. I tak podyskutowaliśmy sobie o różnych rzeczach, na przykład o tym, że w kazusie wyżej opisanym mógłby umrzeć marynarz z powodu odpalenia papierosa od świeczki. Oto jakiś koleś kciał od nas OGNIA, bo świeczkę mieliśmy.
- Umrze marynarz - narzeknęłam.
- Nie umrze!
- Umrze i nie wiadomo, kto będzie po nim dziedziczyć! - zasmuciła się C.
Tak było. A teraz czuję, że atakuje skumulowane zmęczenie, więc usiądę i odpocznę. ^^

643) Ekstraordynacja.


17 czerwca 2009, 17:07 skomciuj (5)
Się postanowiło się o nauce prawa finansowego od rańca. Najpierw jednakowoż trzeba było się ubrać, umalować, uczesać, pośniadać, co nieco poodkurzać i pomyć na mieszkaniu, a potem wydrukować sobie materiały. Wydrukować sobie materiały. O ile z moimi własnymi notatkyma z ćwiczeń poszło łatwo, o tyle z notatkyma jakiejś koleżanki z wykładów - NJE. Doprawdy, stary Word był o wiele lepszy niżeli obecnie występujące ustrojstwo. Nie szło bowiem w nim aż tak spieprzyć dokumentu. Tu koleżankę opętało zdecydowanie autoformatowanie. Ale nie powinnam narzekać, w końcu nie chodziłam na wykłady i ciesze się, że mam z czego się uczyć w ogóle. Tyle że osiągnęłam taki poziom fqrvu, że przy edytowaniu zaczęłam niemalże uderzać głową w biurko. Carol ma więcej cierpliwości i jakoś udało jej się wyjustować, pomniejszyć, ogarnąć dokument. Mi tylko przychodziło do głowy "zbędę cię, dokumencie, w rzece Indus >___<".
Wydrukowawszy w końcu, zainteresowałyśmy się kwestią aktualności zakupionych w październiku wydań Ordynacji podatkowej. Oczywiście ustawodawca nie poskąpił od tego czasu zmian, więc spędziłyśmy sporo minut jeszcze na nowelizowaniu ołówkiem przestarzałego tekstu. Gdzieniegdzie ograniczyłyśmy się do streszczeń albo do dopisków "zobacz se w Internecie".
Jak się w takich warunkach uczyć? Mając ledwie sześć dni na ów rozległy przedmiot podstawowy, pół jednego z dni przeleciał na samo przygotowanie materiałów. A dalej zamiast ostrej nauki wygłupy. Carol przyszła do mojego pokebola i rzuciła w pewnym momencie, że ordynarnie świecę biustem z okazji wydekoltowanej bluzeczki.
- Ordynacyjnie!
I trzeba było zrobić focię. Tak od niej zajeżdża gronowładnym emolansem, że aż podaję śmiesznego linka. CHA CHA CHA PRZYCHODZI BABA DO ORGANU PODATKOWEGO, A ORGAN PODATKOWY TWOJA STARA CHA CHA CHA.

644) Zwijam interes.


18 czerwca 2009, 17:03 skomciuj (8)
Krajobraz pomieszczeń ociekających usiłowaniem nauki, obłożonych tak długo drukowanemi notatkyma, zatęchłych już nieco zmęczeniem sesją, która przecież zaczęła się tak niedawno - ówże krajobraz smętnej z leksza bitwy został wczoraj urozmaicony przez przybycie Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, A Zarazem Chłopca, Który Przeżył. Przybył on pożyczyć ode mnie insze notatki i takośmy sobie chwilkę chcieli przysiąść z C. w mym pokebolu. Już już zaprosiłam gościa do środka, gdy zdałam sobie sprawę z faktu, że zaraz będzie fail. Oto gość zrobił minę łotdefaczną, ponieważ na kanapie siedziało - - - żelazko. Tak. Jako Perfekcyjna Pani Domu trzymam to urządzenie na podłodze zazwyczaj. Czasem bywa u mnie, czasem u Carola, ot taki spór kompetencyjny. Oczywiście do mycia podłóg się przekłada to żelazko, na kanapę na przykład. I potem sobie tam siedzi dłuższy czas, zadowolone i lekko tylko przypalone po jakimś szczególnie trudnym zadaniu z przeszłości (przypomniało mi się, że zastanawiałyśmy się też ostatnio, kto dziedziczy po żelazku i uznałyśmy, że deska; DŻIZAS). Siedzieliśmy tedy, TKINWWAZCKP, C., ja i żelazko, i już się radowaliśmy zbliżającą się imprezą u nas. Na imprezę nawiasem mówiąc, przygotowałyśmy już parę pomysłów na gry i zabawy. Tyle, że większość jest taka, że abstrakcjometr najprawdopodobniej nie wytrzyma i eksploduje. Dość powiedzieć, że częścią jednej miałoby być poustawianie na telewizorze ziemniaków. Ale czego się spodziewać po osobach fizycznych trzymających żelazko na kanapie.
A na koniec noci mała metanocia.

Carol 15:31:20
śmiesznie jakby był egzamin z twojego blogaska
Carol 15:31:27
już widzę te komentarze na forum
Carol 15:31:35
"ma ktoś skrypt?"
Carol 15:31:49
"tego się nie da czytać! co za g***!!!11"
Carol 15:32:03
"słyszałam, że profesor gwiazdomorski napisał to samo wiele przystępniej"
Katjah 15:32:03
cholera były pytania z opowiadania!!! krwa!!111
Carol 15:32:36
nie przesadzajcie, każdy szanujący się student powinien sobie radzić z wykładnią takiego tekstu!
Carol 15:32:54
uważam że katjah idzie nam bardzo na rękę umieszczając notki w internecie!
Katjah 15:33:19
a ja potem dodam nocię informującą, że zwijam interes
Carol 15:33:58
ale w tym czasie na wydziale pójdzie plota że są problemy z wykładnią twojego bloga
Carol 15:34:12
i cała katedra karnego będzie ci pisać komentarze
Carol 15:34:20
żeby raz na zawsze rozwiać wątpliwości
Katjah 15:34:31
ooooooch!
Carol 15:35:04
a sarnecki wstawi się za tobą w sejmie żeby wreszcie zmienili konstytucyjny katalog źródeł prawa
Carol 15:35:27
i odtąd po ratyfikowanych umowach międzynarodowych będą twoje notki
Katjah 15:35:44
"ten sui generis heart-shaped okólnik nabrał mocy quasi-obowiązującej"
Carol 15:36:13
ale na razie to tylko postulaty de lege ferenda
Katjah 15:36:29
i de duplo lata
Carol 15:36:51
i de sade markiz
Carol 15:36:53
cha cha cha
Katjah 15:37:17
cha.

645) Kul ślady.


19 czerwca 2009, 21:11 skomciuj (8)
Zaczęło się niewinnie, sznurek samochodów czekał na pasie do skrętu w lewo, światło się czerwieniło, ja jako pierwsza w tym sznurku; czekamy sobie z C., czekamy. Wtem z piskiem opon jakieś auto wryło się przede nas i zatrzymało praktycznie już na skrzyżowaniu.
- Czy to są ślady - - - kul?
Były to ślady kul, na tylcu samochodu. Zmroziło nas w coniebądź dusznym wnętrzu DBS. A po zakupach w hipermarkeciq wracamy. Przy skręcie w Grota-Roweckiego znowuż DBS-owi zielone umknęło akurat jak podjechał. Czekamy, czekamy, a tu insze auto zapiszczało i się wcisnęło przed nas.
- To nie ślady kul.
- Nie.
W takiej nie kul z deczka atmosferze zapadały dziś ważne decyzje. Iść czy nie iść we wtorek na egzamin z finansowego? Nie iść czy iść? Tak to rozkminiałyśmy z każdej strony, pomiędzy rozkmina pochylając się nad porażająco nudnymi notatkami z wykładów. Potem zjawił się Nadrektor, który kciał pożyczyć notatki, ale nie kciał wejść, przeto nie poznał naszego żelazka, co z nim tak miło się siedzi. Po jego wyjściu ciąg dalszy rozkmin. Nawet macierz żalu skontrowałyśmy i smrtkę zaliczyły w końcu wszystkie argumenty ZA. Wobec tego porzuciwszy próby ukania się, wybrałyśmy się po jakieś materiały na prezentację z angielskiego. Trzeba było znaleźć około trzydziestostronicowy tekst nejtiw spikera na temata prawnicze. W czytelni było wcale sporo publikacyj po angielsku, ale nje nejtiw. Na oglądaniu podręcznych zasobów - po komu by się kciało coś zamawiać z katjalogu - przepędziłyśmy około godziny. Tak jakoś się sam zdematerializował ten czas. Znowu ktoś dzielił przez zero? Wcześniej tego dnia wymyśliłyśmy, że jak ktoś chciałby nic nie robić, to mógłby cały czas dzielić przez zero. To lepsze niż nauka i lepsze niż zero nauki. Na przykład na kalkulatorze dzielić, tak przez cały dzień. Dlatego prawdziwie urzekającym było dokonanie pani w kserze, gdyśmy tam w końcu dotarły z nejtiw książką o kryminalistyce. Rzekła jakiemuś klijętu:
- Pan płaci - - - jeden razy dwadzieścia trzy.
Po czym pochyliła się nad kalkulatorem. XP
Ale najważniejsze to nie dzielić skóry na pedoniedźwiedzicy, przez zero to sobie można. ^^

646) Opowiadanie cz. VII.


20 czerwca 2009, 19:42 skomciuj (3)
– Nie bój się – powiedziała Caroline – będzie bolało, ale będzie dobrze.
Katarzyna przełknęła ślinę.
– Co to znaczy: będzie bolało?
– To znaczy, że metale w twoich tętnicach zaczną pogować i wrzeszczeć – rzekł Mark.
– Aha, normalna sprawa.
– Normalna sprawa.
Znajdowali się na pokładzie sześcioosobowego transportowca. Czwórka Szyderców, Katarzyna i żarorogi jeleń Marii. Zamierzali odbyć psychodelot. Za sterami siedziała Sheppardowa; na terminalu przygotowane miała już koordynaty. Za nimi prawda ekranu przedstawiała młodego mężczyznę w ciemnych okularach. Katarzyna przyjrzała się dokładnie i spostrzegła, że mężczyzna stąpa po odrolnionym gruncie. Aż ją zmroziło. To straszna wizja dla kogoś, kto kocha Kwiaty! Kocha je i nigdy już nie będzie ich zbierać, nie ze swoją załogą. Koło Olgi wisiała również prawda czasu. Intensywnie różowy cyferblat przypomniał Katarzynie chwile spędzone w pomieszczeniu karnogospodarczym. Wzdrygnęła się ponownie. Denerwowała się bardzo, jak to się wszystko skończy, czy rzeczywiście uda im się uciec w ten sposób? Pomysł był dość niecodzienny.
– To ile razy psychodelecieliście? – zagadnęła chcąc trochę się uspokoić.
– Nie udało nam się zaliczyć wszystkich Dni – wyjaśnił Mark.
– A które zaliczyliście?
– Poniedziałek i Wtorek – Olexandra uśmiechnęła się z dumą.
– I wtorek! Myślałam, że to w ogóle nie jest możliwe, to znaczy, wszyscy wierzą w to, że można przeżyć Sobotę spotykając swoją Sobę, ale –
– Sama się przekonasz, i twoja Soba też.
– Twoja stara Soba.
– Twoja stara.
– Cha. Cha. Cha.
Szydercy Szydzili, a prawda czasu wskazywała na zaawansowane już dość Żółte Świątki. W końcu Sheppardowa zawołała, że trzeba zażywać. Spod prawdy ekranu wygrzebała komplet kapsułek.
– Jak to działa? Jaki to lek suigeneryczny?
– Wilczomlecz Obrotny.
„Obrotny, lecz nie w Obrocie”, legendarny narkotyk, nigdy jeszcze nie próbowała –
– Wilczomlecz Obrotny 505.
Szczypał w język, był niesamowicie ostry. Przegryzając tabletkę, Katarzyna poczuła się, jakby jakaś siła rozrywała jej ząb od środka, bolało przeraźliwie, bolało, ale było dobrze, ogólnie było dobrze. Zamknęła oczy i zaczęła postępować tak, jak wcześniej poleciła jej Caroline. Przestawić mózg w tryb alfabeta, wyobrażać sobie litery, po kolei rozświetlające się po wewnętrznej stronie powiek. Z NIEDZIELI przenoszę się do PONIEDZIAŁKU. Wszystko zaczęło dziwnie drgać wokół Katarzyny, a ból który początkowo umiejscowił się w zębie, wędrował po całym ciele. Nie mogła krzyczeć; usta miała sparaliżowane, a poza tym czuła, że – tak, było dobrze. PONIEDZIAŁEK, PONIEDZIAŁEK. Przenoszę się po raz pierwszy.
Nagle zamiast liter, zobaczyła Sobę. Szła ona przed Sobę, ostrożnie stąpała po miękkiej Trawie, omijała wielobarwne Kwiaty. Wiatr rozwiewał jej długie włosy, spódnicę w Kwiecisty deseń. Słodko pachniało, słońce grzało skórę.
„Wyobrażaj sobie litery, ciągle powtarzaj poniedziałek. Jak zobaczysz Sobę, postępuj tak dalej, a znajdziesz klucze”.
Nie myślała o kluczach, myślała o Roślinach, przepełniał ją spokój. Było tak ciepło, doskonale ciepło, cała ta łąka była słońcem, jedynym słońcem.
Obrotny, lecz nie w Obrocie. W Obiegu, w psychodelocie. Obrotny, lecz nie w Obrocie. Powtarzaj: PONIEDZIAŁEK. Przecież łąka to słońce! Obrotny, lecz nie w Obrocie. My, Kontrola, Bezpośrednia! Samoistna! Ograniczona! Sformalizowana! Mutatis mutandis należy odnieść to. Na zawsze razem, mój Ustawodawco. Na brzegu rzeki Pierdy usiadłam i płakałam. W Obiegu, w psychodelocie. W PONIEDZIAŁEK. Obrotny, lecz nie w Obrocie. W Obiegu, w psychodelocie. Słowo, na które czekałam, padło z twoich ust w końcu –
W końcu Soba odnalazła klucz. Leżał w Trawie, lśnił tajemniczo, kusił.
„Znajdziesz klucz i w zasadzie tyle”.
Sięgnęła po klucz, zacisnęła palce na tym idealnie czystym metalu. Zobaczyła w nim odbicie Soby, nie! to było już odbicie Mnie.

Otworzyła oczy i początkowo zobaczyła tylko mgłę, ale zaraz zaczęły wyłaniać się z niej twarze Szyderców, wnętrze transportowca, prawda czasu, prawda ekranu. Wszystko drgało. Lecieli.
– Katarzyno? Żyjesz?
Jęknęła tylko. Zaśmiali się.
– Czy teraz jestem Mną? – zapytała słabym głosem.
– Tak, już jesteśmy wszyscy Mnami, bardzo dobrze poszło.
Wszystko wyglądało podobnie jak wcześniej. Na terminalu wciąż odrolniano grunty, palce Olgi tańczyły na klawiaturze, tylko cyferblat zmienił kolor na niebieski. To musiał być Poniedziałek. Odetchnęła z ulgą. Prawdopodobieństwo, że dogoni ich Bezpośrednia! Samoistna! Ograniczona! Sformalizowana! zmalało znacząco. Zarazem zostawiła za Sobą, zostawiła za Ja całą swoją załogę, ale przecież można wrócić. Można?
– Co dalej? – zapytała.
– Zastanawiamy się, dokąd lecieć – odpowiedziała Olexandra.
– Do Casablanki – zaproponował Mark.
– Nie, lecimy tam, gdzie ostatnio widziano Shepparda! – zawołała Olga zza sterów.
– Czyli gdzie?
– Zobaczycie!
Katarzynie okropnie zakręciło się w głowie. Przycisnęła pięści do oczu i skrzywiła się. W tym momencie poczuła coś wilgotnego gdzieś w okolicach łokcia. Jeleń! Jego róg żarzył się niebieskawo. Zwierz przylgnął ciepłym bokiem do ramienia dziewczyny. Zapomniała o nim, nie przyszło jej nawet do głowy karmić go Wilczomleczem. Wyglądało na to, że żarorogie zwierzęta – tak, pasowałoby to do ich zdolności – potrafią podążyć za właścicielem w takiej nawet sytuacji. Albo za posiadaczem, pomyślała Katarzyna gorzko, wyobrażając sobie uśmiechniętą twarz Marii.
A zatem lecimy w miejsce, gdzie widziano Shepparda. Nie wiem, kim jest Sheppard, nie wiem, co się ze Mną dzieje, ale to nie Ja już przecież. Nie ma się nad czym zastanawiać. Po raz pierwszy od dłuższego czasu w tętnicach zakrążyła błogość. Katarzyna pogłaskała grzbiet żarorogiego jelenia.
Ogólnie jest dobrze. Jakoś to będzie.

647) Opowiadanie cz. VIII.


21 czerwca 2009, 18:49 skomciuj (4)
Związany Ustawodawca prezentował się odmiennie aniżeli tamten elegancki mężczyzna we fraku, tamtej nocy w restauracji. W jego oczach nie było już tej iskry, nie był już tamtym ustawodzicielem. Leżał nagi na podłodze, a jego ciasno omotane ciało z smętny sposób pozbawione były inicjatywy.
Katarzyna przycisnęła obcas Poniedziałkowo niebieskiej szpilki do jego pleców. Pochyliła się i gwałtownie przekręciła jego głowę, wbijając mu z kolei w podbródek długie, niebieskie paznokcie.
– Teraz wydam rozporządzenia, jakich jeszcze nie widziałeś.
Legislator jęknął słabo.
– Pani! Zakaz subdelegacji!
– Cisza! – krzyknęła i uderzyła go kodeksem cywilnym, który wraz z ustawami okołokodeksowymi znikąd pojawił się w jej dłoni. – Bo cię ratyfikuję!
– Nie, tylko nie ratyfikuje!
Usiadła na nim okrakiem i zaczęła go podduszać, raniąc wciąż paznokciami.
– O pani! – zakwilił.
– Przestań się mazać i nowelizować. Bądź mężczyzną – krzyknęła i ponownie trzasnęła kodeksem w jego białe plecy.
– O pani! Zrobię wszystko!
– Wszystko?
– Wszystko! – piszczał.
– Lex retro agit – rzekła Katarzyna z dziką satysfakcją i zaczęła wpychać kodeks tam, gdzie jego miejsce.

Poruszyła się niespokojnie na swym siedzisku, otworzyła oczy. Mna przeżyła właśnie niezwykle rozbudowaną fantazje, takie dotąd nie zdarzały się Katarzynie. Byłby Poniedziałek jakimś szczególnie perwersyjnym Dniem? Nie chciała się nad tym zastanawiać, przymknęła oczy i przez chwilę jeszcze rozpamiętywała szczególnie dobrze rozmieszczone węzły, węzły na ustawodawczym ciele –
– Lądujemy! – Głos Sheppardowej wyrwał ją z rozmarzenia. Podniosła się i rozejrzała po wnętrzu transportowca. Wszyscy półleżeli, jeszcze nie do końca rozbudzeni. Z Zaoknia wdzierało się światło. Silnia generowała głośne wykrzykniki; gdzieniegdzie widać było niebieską parę. Katarzyna obserwowała Poniedziałkowe chmury zafascynowana. To takie niesamowite, że udało im się przenieść.
Transportowiec podchodził do lądowania, nie czuć było prawie zmian w pociśnieniu; pociskał prawie tak jak na powierzchni. Ciekawe, jaka to powierzchnia?
Po chwili wysiadali. Rześkie powietrze orzeźwiło ich nieco i wyszli z letargu psychodelotu. Otępienie odeszło, a przybył głód. Był wczesny ranek, zbliżała się pora śniadania. Katarzyna przypomniała sobie o sucharach, które ze Mną zabrała, ale wstydziła się zaproponować je Szydercom. Na pewno jadają coś lepszego. I rzeczywiście, już po chwili Olexandra ze swojej torby wydobyła pudełko wypełnione bezpestkogonymi czereśniami. Wszyscy sięgnęli po owoce i zajadali je, podczas gdy Olga zamrażała Przyoknia transportowca. Wkrótce pudełko było puste; po parę czereśni zostawili Mnie na później upychając je do kieszeni. Katarzyna nakarmiła jelenia, który wiernie trwał przy jej boku. Olexandra uśmiechnęła się łobuzersko i znalazła jeszcze kilka candyhardych słodkości, które do końca ich otrzeźwiły i wprawiły w dobry nastrój.
– Co to dokładnie za miejsce i gdzie znajdziemy Shepparda? – Padło w końcu pytanie.
– Planeta Stargata. Dostałam już informacje od Shepparda; kierujemy się na północ, a znajdziemy ich osadę – wyjaśniła Olga.
– Dlaczego nie podlecieliśmy bliżej?
– Mają strefy parkowania.
Szli przez chwilę w milczeniu, ale Szydercy, jak to Szydercy, musieli zaraz zacząć opowiadać anegdotki. Niektóre bardzo abstrakcyjne, lecz zarazem bardzo zabawne. Olexandra zastanawiała się głośno, czy w osadzie znajdzie się pomieszczenie karnooke, bo miała ochotę pośpiewać. Olga zapewniała ją, że u Shepparda znajdzie się wszystko, czego można zapragnąć.
Dziwny ten Poniedziałek, myślała Katarzyna. Mna jest brutalna, dzika, zdecydowanie czuć różnicę w Osobowości. A Stargata różni się od Biało-Czerwonego świata. Rośliny są inne, prawdopodobnie nie korzystają w ogóle z chlorofilu, nie, to niemożliwe, muszą. Inny jakiś metabolizm. Pochyliła się i zerwała pomniejszy Chwast. Później przeanalizuje. Lesława bardzo zaciekawiłby ten świat! Lesława!
Zbliżali się do jakichś zabudowań. Widać było chaty otoczone płotami, pola uprawne. Nad wszystkim górowała ogromna wieża, czyżby jakaś świątynia?
Olga aktywowała komunikator i nawiązała połączenie z osadnikami. Połączenie było kiepskie, choć byli bardzo blisko. Jeleń zapiszczał cicho. Żar w jego rogu podrażniło Zakłócenie. Katarzyna pogłaskała go szybko. Nie byłoby dobrze, gdyby zaczął głośno wyć. Osadnicy mogliby uznać grupę za niebezpieczną i nie zaprosić ich do środka.
Zaprosili jednakże. Wyszedł im naprzeciw młody mężczyzna, w którym zaskoczona Katarzyna rozpoznała człowieka odrolniającego grunty na terminalu Olgi.
– John!
– Olga!
Uścisnęli sobie dłonie, po czym Olga przedstawiła osadnikowi Marka, a potem resztę załogi. I Katarzynę. Wkroczyli w obręb wsi. To nie tutaj odrolnili najwyraźniej, tutaj przeznaczenie gruntów było jasne, podkreślone dodatkowo obecnością licznych żarorogich owiec, który pasły się na dobrze utrzymanej Trawie. Osada wydawała się opuszczała, Sheppard wydał jednak krótki, dziwaczny okrzyk i z chat zaczęli wychodzić młodzi mężczyźni, bardzo do niego podobni. Zbliżyli się i Sheppard rozpoczął prezentację:
– Napasterz, Zapasterz, Przypasterz –
Mężczyźni podawali załodze dłonie, uśmiechali się przy tym – Katarzyna również błysnęła zębami – ustawodzicielsko, nie, uwodzicielsko zaledwie.
– Podpasterz, Opasterz, Obokpasterz –
I tak cała osada, oprócz kobiet i dzieci, a być może aseksów. Katarzyna zastanowiła się, gdzie one są w takim razie, siedziały w chatach?
Niektóre żarorogie owce donośnie beczały, jakby ich witały, a może nie podobała im się ich obecność. Jeleń był czujny, z jadowicie turkusowym rogiem, śledził wzrokiem sylwetki na pastwiskach i nawet zawarczał cicho.
– Zapraszamy do wieży – rzekł Sheppard. Ze wszystkich stron otoczeni ciemnowłosymi, przystojnymi Pasterzami, kroczyli powoli w stronę tej najwyższej budowli, która wyglądała jak z innej zupełnie bajki niż ta o drewnianych chatach. Lśniący kamień, doskonały, opływowy wręcz kształt, małe deltoidalne okna. Błyszcząca, jakby ze srebra zrobiona brama. Sama się otworzyła, a w środku skumulowało się jeszcze więcej lśnienia, brokatu, małych gwiazd.
Pasterze weszli przed gośćmi, jeden za drugim wkraczali w te piękne wrota. Za nimi podążył Mark, dalej dziewczęta. W jednej chwili Katarzyna słyszała tylko beczenie żarorogich owiec, a nagle uderzyła ją i niemalże zwalił z nóg głośna muzyka. Wnętrze było ciemne i zadymione. Zdecydowanie nie znajdowali się w świątyni.
Na środku wielkiej, roziskrzonej kolorowymi światłami sali, na podwyższeniu stał ktoś, Pasterz? ze srebrnym mikrofonem. I śpiewał.
To nie świątynia. Tak jak chciała Olexandra: pomieszczenie karnooke.

648) Insanity, like, law.


22 czerwca 2009, 19:03 skomciuj (4)
Masakier. Skończyłam robić prezentację na oralny angielski. Temat: "Insanity law", czyli można by rzecz, że coś w moim stylu. A tu za każdym razem wychodziło mniej niż piętnaście minut przemowy, już mnie gardło rozbolało od prób tych, aż w końcu zaczęłam stosować metodę rozwlekłości, well, actually, OK, yeah, now I tell you about, the very very very very very very serious problem is -
Acz zawsze można zrobić z Soby Minnesotę. Bardzo prosto, już tłumaczę. Kiedyś jak jechałyśmy z Carolem autobusem - byłyśmy jeszcze wtedy Czytającymi Kodeks - Czytałyśmy Kodeks i nie mogłyśmy się skupić, albowiem jechała z nami dziewczyna, rozmawiająca z drugą dziewczyną po angielsku, tak że słyszeli to wszyscy podróżni. Polka, ale z Akcentem.
- Yeah well I was, like, WOW, when I first saw them, like, you now I stayed in Minnesota with, like, American, like, family and after, like, ten months they were, like, a real family for me, like, you know, they were, like, SO nice and it was SO amazing and I was, like, WOW.
I tak przez całą drogę na Ruczaj.
Zatem mogę zrobić Minnesotę albo mogę poprzestawiać kolejność słów w zdaniach. Taką nową formę wkurzania ludzi - po randomicznych płętach - wykoncypowałyśmy wczoraj z Carolem. Oto zauważyłyśmy, że na przykład zamiast pełnego oburzenia zawołania konsumenta:
- Jak to: nie ma?!
Zamiast tego właśnie tak często stosowanego przeze mnie (klienta typu koszmar), zawołania, można by mówić:
- Nie ma to jak!
Jak w "nie ma to jak w domu".
W domu byłam, like, jedną dobę. Katjahodawcy chcieli bowiem, żebym przywiozła im torby na wyjazd. No spoko, przywiozłam i wróciłam cała obolała po tym, jak grałam z Katjahodawcą na konsoli w tenisa. Masatrefl. Poza tym pooglądałam sobie "Chirurgów", którzy są niesamowicie suchym serialem, widziałam Bartka i byłam w Silesii kupić Sobie nowe Pratchetty i powiedzieć pani w info: "Jak to: nie ma?!", jak to nie było książek o Marsie, które Katjahodawca chciał dostać na Dzień Katjahodawcy. W sumie dobry weekend. \\o/

649) Meat me.


23 czerwca 2009, 21:02 skomciuj (13)
- Bejbku, śniło mi się, że miałam chłopaka - rzekłam temu bejbku - i on był zieloną foką.
- To trochę rozczarowujące - zauważyła C.
- Trochę, i jeszcze on nie był taki oślizgły jak inne foki, tylko okropnie twardy.
- Chyba lepiej, żeby był twardy niż oślizgły?
- No niby tak, ale szkoda, że nie był człowiekiem tak w ogóle.
- :(.
- :(.
- :(.
- No. A tak poza tym to chyba dobrze oddawało moją tendencję do nieprzejmowania się, co sobie pomyślą inni o moim wyborze mężczyzny. Zresztą, nikt z was nic mi nie powiedział o tej foce.
- Nie powiedział, ale pewnie pomyślał. Ja bym pomyślała: no skoro jej się taka foka podoba -
- Ktoś mógłby pomyśleć, że teraz i ja muszę stać się fajną foczką.
- XD.
- XD.
Po takim surrealu trzeba było już spędzić lwią część dnia na oglądaniu filmików na jutub. W Internecie można teraz zabić się o fotki z "Alicji w Krainie Czarów" Burtona, więc pooglądałam sobie różne wersje Alicji, która oczywiście jest strasznie wyeksploatowana. Acz niektórzy z eksploatorów wiedzieli, co robili. Na przykład Jan Svankmajer, twórca "Fausta", którego trzeba było oglądać na jednym z wieczorków filmowych na Ruczaju. Oto na następnym trzeba będzie oglądać "Alicję". Na zachętę: XD.
Przed chwilą jadłyśmy z C. kolację i zauważyłyśmy, że kupiona dzisiaj szynka jest szynką o baaaardzo zabawnym kształcie. Spędziłyśmy więc chwilę śmiejąc się z tak chujowej polędwicy.
- Jak gimnazjalistki.
- XD.
- XD.
No cóż, i na to Svankmajer ma dobrą odpowiedź. <3.
Last but not least, pragnę przedstawić Wam logo katowickiej piekarni Kłos, z której przywiozłam w niedzielę bułeczki, też stanowiące część składową kolacji.



So evil! XD

650) No wyrok.


24 czerwca 2009, 18:27 skomciuj (1)
Wczoraj miała miejsce rzecz dość osobliwa. Oto wieczorem, kiedy - jak to się perwersyjnie mówi - brałam prysznic, usłyszałam jakoweś słowa przez Carola zawołane z jej pokebola. A że woda się lała, to nie usłyszałam za dobrze treści, więc odwołałam: COO? Ale i Carol mnie nie usłyszała. Za to ja usłyszałam jakoweś dziwne odgłosy, jakieś uderzenie, coś w tym stylu. Złotdefaczona, zawołałam: CO SIĘ DZIEJE? Lecz nie otrzymałam odpowiedzi. Uznałam, że to ani chybi kolejny jakiś kaprys czerwcowej pogody, grad or smth.
Jak się później dowiedziałam, Carol krzyknęła wówczas:
- Hurrra, Nowy Rok!
Były bowiem uderzenia grzmoty poka poka fajerwerków, jakichś pewnie pozostałościach po Wiankach. Żal w srdcuszku mym się nagromadził już w niedzielę, gdy usłyszałam, że średnio mnie obchodzący Lenny nie był jedyną atrakcją, że był jeszcze kiczowaty poka poka sztucznych ogni okraszony Lux "Dupcy Dupcy Dupcy" Aeterna. A teraz, takie coś za własnym oknem; wystarczyłoby włączyć sobie na komputerze muzę i lecimy! A ja nie leciałam, tylko leciała na mnie woda. Brałam prysznic, ale słaby był z nim odlot.
To by było takie takie abstrakcyjne, świętować Nowy Rok 23 czerwca. Na pocieszenie, miałam dziś okazję obejrzeć psychodeliczny film. Z Carolem miałyśmy chętkę na ruchomy obrazek do popołudniowego kawaha. Dwie płyty odrzuciłyśmy jako oferujące zbyt nudne widziadła, po czym C. znalazła jeszcze niejaki "Garden State", po polsku "Powrót do Garden State" (no całkiem niezłe tłumaczenie), który bardziej przypadł nam do gustu. Zatem dotrwałyśmy do końca, całkiem zadowolone, gdyż film był, jak rzekłam, psychodeliczny, a bohaterowie - popieprzeni. Choć przesłanie tak ogólnie średnio odkrywcze, to jednak sposób jego podania bdb.
A tak poza tym to straszna nuda, nie mogę się doczekać jutrzejszego szkolenia BHP z okazji praktyk w sądzie. XP

651) Zakupie.


25 czerwca 2009, 17:07 skomciuj (6)
Na Ruczaju było chłodnawo i przeddeszczawo. Przed wyjściem do szkoły, w której miało się odbyć szkolenie BHP praktykowe, założyłyśmy więc z Carolem na normalną odzież jeszcze po wdzianku. Jakże żałowałyśmy kroku tego, gdy spotkania BHP dobiegł kres i zbrojne w cenną karteczkę, co z nią trzeba będzie się stawić w sądzie, udałyśmy się z Olgą pozałatwiać insze rzeczy na uczelni, a potem szłyśmy k'Galerii Krakowskiej, szłyśmy, a pot spływał z nas. Oto w centrumie Krakowa panuje zupełnie inny klimat aniżeli na jego zadupiu! Na korzyść zadupia.
W Galerii zaczęłyśmy od kupowania Katjahowi stanika. Miał być biały, a był różowy, czyli nieszczególnie przestrzegłam listy zakupów, ale ważne żem zadowolona. Przy mierzeniu wesoła sytuacja; wystawszy swoje w kolejce, usłyszałam jak w końcu jedna pani zawołała do mię, że pierwsza przymierzalnia jest wolna. Yay, to pędzę k'ń, a tam w środku ktoś coś zostawił. I to nie, że jednej rzeczy zapomniał ktoś, nje, tam pół sklepu zgromadzono na małych wieszaczkach.
- Tu jest chyba zajęte, ale to nic - rzekłam radośnie, wlazłam do środka i zaczęłam pozbywać się odzienia od pasa w górę. A ponieważ przymierzanie staników jest immanentnie związane z ludźmi włażącymi do przymierzalni (którzy nigdy nie zjawią się, gdy przymierza się na przykład sweter), to dobijano się i dobijano. A ja spokojnie mierzyłam i mierzyłam, gotowa w każdej chwili do napinki z tym Obcym, który tam owe łachy (^^) zostawił. Ale nikt mi złego słowa nie powiedział, jak wyszłam, więc ja też niestety powiedzieć nie mogłam.
Potem nakupiłyśmy sobie jeszcze produktów w Rossmannie (brzózka, klonik, wierzbka, dąbek), następnie Olga kupowała spodnie i bluzki. Rozglądałyśmy się za fajnym biżu, ale oferta w całym centrumie handlowym marną była. I tak to, co się nachodziłyśmy, to nasze. A to dopiero początek był, jeszcze trzeba było przez żar czerwcowego dnia dojść na przystanek, na Jubilat konkretnie, bo jeszcze po drodze do niego było parę miejsc do odwiedzenia. Wkraczając na Zwierzyniecką, kończyny miałam tak obolałe, że czułam, że smrtka jest bliska, a Carol mi na to, żebym się cieszyła, że nie mam tłuczonego szkła w butach. Not funny. XD Może i szkła nie było, ale fleka straciłam, acz na szczęście odzyskałam i wcisnęłam go z powrotem. Iiii marsz konających aż do autobusu. Masakier. XD
Na Ruczaju - rześko, dużo powietrza, przyjemnie. Nie ma to jak dobre zadupie. ;*

652) Drogie rekiny.


26 czerwca 2009, 19:48 skomciuj (3)
Miały dzisiaj być wyniki z egzaminu z syfila II, przeto obudziłam się z odpowiednią Myślą Poranną:

Drogie rekiny, w naszym świecie nigdy, przenigdy nie odpadnie pieprzona causa.

Tak pozytywnie nastrojona, udałam się z C. na zakupy przedimprezowe. Napakowałyśmy do koszyka: wódkę, kieliszki do wódki, przepitę, zakąski do wódki wreszcie. I worki na śmieci, które nie miały kota kreskowego, tedy już na etapie ładowania do wózki wietrzyłyśmy kochane kłopoty. Przy kasie pani najpierw trochę pozrzędziła na ten brak oznaczenia worów, po czym zadzwoniła do koleżanki.
- No musisz tam iść, poszukać! Musisz je sama zobaczyć! Jak ci mam opisać te worki, wyglądają jak worki na śmieci!
Z C. srogośmy parsknęły. A pani rzekła:
- No taka to robota, jak mam opisać te worki niby!
Czym podbiła nasze srdce. Uroczo też się zachowała, gdy przybyła owa koleżanka i dalej wypytywać, co to za worki, ilulitrowe.
- A ile mają kosztować?
- Najlepiej, żeby nic nie kosztowały - przysuszyłam, a pani zakaśna zaśmiała się radośnie.
Po powrocie do domu, odkryłyśmy, że wyników jeszcze nie ma. Ale to nic, drogie rekiny, jeszcze zobaczymy nasze pozytywne oceny. Pojechałam na dodatkowy angielski, który nam mgr Szlaczek postanowił zafundować przed jutrzejszym egzaminem pisemnem. Dostał od nas Szlaczek podarek i miło było. Ogólnie spoko lektorat był. Oczywiście cieszę się, że przeżyłam te dwa lata rozpieprzania mi planu lekcji przez dziwaczne godziny zajęć JCJ, ale j/w, miło było.
Udam się teraz uczynić powtórkę przed jutrem. XD

Iiiii wszystkiego dobrego z okazji urodzin dla Kamy! ^^ Niech Twój żiwot będzie tak słitaśny jak candy mountain!



653) Posesyjne Ruczaj Party 2.


27 czerwca 2009, 13:05 skomciuj (4)
Bezczelnie wkleję nocię sprzed roku, z drobną modyfikacją:

NAPISANE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!11111

Oby również zdane!!!!!!!!!!!11111*

Zatem teraz szykujemy z Carolkiem imprezę u nas na mieszkaniu!!!!!!!!!11111

YAAAAAAAAAY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!11111 XD XD XD


* - no grubo bym się zdziwiła, gdybym tego nie zdała. \\o/

654) Maprofana.


28 czerwca 2009, 15:39 skomciuj (6)
Maprofana.
Takie nowe słowo wygenerowała wczoraj Carol, gdyśmy się szykowały w trójkę z Moniką na imprezę. Oto zwyczajna "masakra" jako związana z sacrum, nie nadaje się na imprezę. Maprofana brzmi lepiej.
A profanum, że hoho.
Od samego początku wlewałam w siebie wódkę, tak dużo dużo dużo dużo dużo wódki, więc byli przybywający ludzie, randomiczne rozmowy, jakieś takie rzeczy przez jakiś taki czas, a potem nagle się obudziłam na mym tapczanie, gdy noc była bardzo już zaawansowana, a towarzystwo wykruszone. Na szczęście nie spałam cały czas; z przerażeniem odkryłam, że ktoś robił zdjęcia moim aparatem i na wielu z nich widniałam ja sama, w pozach i konfiguracjach, których uskuteczniania nie pamiętam. W gardle czułam specyficzny gryzący posmak, co wzbudziło podejrzenia, a zaraz ktoś mi opowiedział, że tak! zapaliłam sobie byłam papierosa. Poza tym podobno pomagałam jeszcze wymieniać baterie, krzyczałam "KURWA MAĆ!" i ogólnie, był ze mię pożytek.
Mniejszy, gdym już Sobę znalazła na w/w tapczanie, a Ola i Olga jęły sprzątać ze stołu, za co ponownie generuję potężne podziękowanie. Potem tośmy siedzieli/leżeli i rozprawiali o różnych rzeczach. I nie zagraliśmy w Twistera, a przecież specjalnie mnogość dziewczyn założyła na tę dżamprezkę sukienki.
A dżamprezka skończyła się dla mnie o 11 (byli jeszcze wtedy goście \\o/), kiedy to przyjechali, wystawcie sobie, Katjahodawcy. Kcieli bowiem wybrać się do jednego sklepu w Galerii Krakowskiej. Dzięki Istocie Najwyższej, nie weszli "na" mieszkanie, tylko czekali na mię w autq koło bloq. A ja zbiegłam; świeża i rześka, w pełni sił. Z brudnymi włosami i wczorajszym makijażem, spięta nieco na myśl, jak też może zachować się mój żołądek w takich okolicznościach przyrody. Ale zachował się przyzwoicie, nawet po owocnych zakupach (spódniczkah dla Katjaha! \\o/) mogłam z rodzicielami obiadek zjeść.
Wróciłam, posprzątałam, wykąpałam się, usiadłam i odpoczęłam.

DZIĘKUJĘ NAJUPRZEJMIEJ ZA OBECNOŚĆ WASZĄ NA POSESYJNYM RUCZAJ PARTY 2!!!!!!!!! :*********
Wakacje to je smutecz bez Was. ;____;

655) Nocia o niczym.


29 czerwca 2009, 20:11 skomciuj (2)
Kombinuję od paru godzin, o czym tu dzisiaj napisać. Nie był to najciekawszy dzień mojego życia. Wyspana jak dobry, zadowolony smok, zaczęłam uczyć się mojej prezentacji na jutrzejszego orala z angielskiego i cisnęłam ostro z pierwszym sezonem "Chirurgów", którzy nie są takim strasznym suszem, gdy się wciągnie już w życie seksualne bohaterów. No co robić, jak się nie ma własnego. /o\\ OK, to żem sobie narzeknęła; semestr minął, a ja dalej niczynął. /o\\ /o\\ /o\\
No ale spoko, rozwinęłam się językowo, ćwiczyłam tę prezentację w przerwach od klikania na rapidszeru i wszystko umiem. I mam problem natury zdrowotnej. Może to przez "Chirurgów" sobie wmawiam, że nie mogę pobrać do końca powietrza i coś mnie strasznie przy tym pobieraniu boli, i jak mówię, to też boli, a mówić trzeba w dobie takiej prezentacji. Może czas najwyższy przestać skąpić i zostać premium userem tlenu, cha cha cha?
Poza tym niewątpliwie fascynującym wydarzeniem było robienie prania. Chyba jeszcze nie chwaliłam się na blogasq, że w środę wyjeżdżam do Turcji? W środę wyjeżdżam do Turcji. Jadąc do Turcji, trzeba mieć walizkę pełną ubrań, prałam tedy te ubrania, ręcznie prałam moją imprezową sukienkę między innymi i tak genialnie sprawę rozwiązałam, że się oblałam mydlinami. I co jeszcze? Byłam na hasioku i w delikatesach "Frażet".
Na forumie sex.edu wyczytałam, że wyniki z cywila będą po środzie. Strasznie szybko sprawdzają, nierzadko zdarza się trafić na tak sprawną katjedrę. W środę, jak już wspomniałam, wyjeżdżam do Turcji. Kto mię sprawdzi ocenę? Nie będzie Internetu, nie będzie komputera, nie będę nawet przez dwa tygodnie pisać na blogasq, no nie będzie niczego. Ale cieszę się nieziemsko z takiego odrywu od rzeczywistości. Myślę, że kupię sobie zeszyt i potem wkleję dużo odcinków opowiadania z bezinternecia.
No to co, ignorujemy ból i mówimy jeszcze raz komputerowi o insanity defense? \\o/

656) Będę potem.


30 czerwca 2009, 21:36 skomciuj (2)
Ileż ja się nanarzekałam dziś na miłościwie nam panującą temperaturę, ileż potu wygenerowałam ileż. Jak taki człowiek w ogóle może jechać do Turcji? Póki co ostatni dzień w Polszcze, takoż w Krakówku. Wybrałyśmy się popołudniem wczesnem z Carolkiem na małe spotkanko z Mężem. Razem poszliśmy na piwo/soczek i pogadaliśmy, powspominaliśmy imprezę sobotnią, tyle ile się wspominać dało; poobgadywaliśmy, i tak dalej. A ja musiałam potem! na orala cisnąć, to jakoś przepłynęłam przez to morze potu na Krupniczą i obadałam najsampierw wyniki pisemnego egzaminu umieszczonego na ścianie jakowejś. Niejaka Amelia (podarowałam sobie Plałmana, jakoż i Tęczowego Jednorożca), uzyskała 81%. Co nie przeszkodziło jej pozyskać bdb po zaprezentowaniu mgr Szlaczkowi przemówienia jej. Zadowolona z się, pożegnałam się ze znajomymi i przez morze potu dopłynęłam na przystanek, następnie smrtkę prawie zaliczyłam w autobusie, ale w końcu, w końcu znalazłam się na Ruczaju. Tam pakowałam się, śledziłam plotki związane z rzekomo powieszonymi na jakowejś ścianie wynikami z cywila II (rzeko ma potu i stresu, a wszystko to na marne, boć to wyniki były z cywila grande). Potu-liłam się z Carolem na pożegnanie i odjechałam DBS-em. Ów napot-kał różne przeszkody, najpierw głupio go zastawili na parkingu, następnie w korku stał, biedaczek, jak chciał zapłacić za przejażdżkę autostradą. Ale w końcu, w końcu znalazłam się an Murckach. Tam pakowałam się, pakowałam się, pakuję się wreszcie. Wreszcie się pakuję i wyjeżdżam!
A zatem życzę Wam miłej połówki lipca, drodzy Czytelnicy. :*

Turcjah! *_____*


Eugenio Recuenco, Phideaux, seminarium magisterskie z prawa autorskiego! *____*

Blogaseq

Księga gości

Archiwum

2010
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad

O mię