170) W marcu jak w garncu.
01 marca 2008, 16:54 skomciuj (5) Zmachanam na Maksa! Po sześciu godzinach bieganiny wróciłam do dom w wersji nieco odmienionej. Portfel jakoby po diecie kopenhaskiej. Acz za to, uwagah! Nowy fryz, który charakteryzuje się głównie skośną emo grzywką, a także tym, iż w postaci jest wyprostowanej zorganizowan. Można sobie
zobaczyć zresztą. Nim wszakże skosik i prostactwo zaposiadłam, dałam sobie zrobić kurację nawilżającą speszyl po trwałej. Wysmarowano mi włoski mazidłem, po czym włożono mi łebek do podobnej garnkowi machiny, co ziała na mię powietrzem gorącem, a z górca owej machiny dmuchało parą i wyglądało to ni mniej ni więcej tylko tak, jakby mi się ów łeb fajczył. Jeno mniej śmierdziało niż w sytuacjach heropłonących. Znam taką jedną z autopsji, bo jak małym Katjahem byłam, to warkoczyk i kuchenka gazowa nieciekawie się na krótki moment połączyły.
Ale kuracja była przekul i wiele pomogła. Niom. A do tego nowa bluzeczka, nowe bolereczko, nowy paseczek i stare, zmęczone nogi, które jedynie na czas obiadowego spożywania delikatnie panierowanej pangi nieco sobie odpoczęły. Warto wszak było w taki sposób wytracić przedpołudnie i kawał popołudnia, bom gotowa teraz na poorkanowego wiosnaha.
…:::MaRzEc!:::… …:::XD XD XD!:::…
(Niech mówią, że to nie pokemon).

171) Will the real Slim Sadie please stand up?
02 marca 2008, 18:26 skomciuj (0) Ech, tak sobie miarkowałam, że będę dziś już miała przeczytaną „Straż nocną” i recenzję jejże uczynić będę mogła główną osią mej noci, jednakże dr Bartłomiej od cywila ostro przypieprzył kazusami. Dostaliśmy czternaście takowych, niby także na przyszły wtorek, ale lepiej mieć już zrobione wszystkie, zwłaszcza gdy cywil jest główną osią überambicji. No i cywila pozwać muszę. Kcę odeń odszkodowanie za utracone korzyści w postaci sobotniego wieczoru. Acz mógłby taki zarzut podnieść, że inni bawili się za mnie, jako że w jednym ze stanów faktycznych:
Wracając w nocy z dyskoteki, Władysław wraz z kolegą Henrykiem postanowili pobiegać sobie po zaparkowanych przy drodze samochodach.
Szkoda, że wyszła im z tego szkoda. I szkoda, że nie skończyłam jeszcze czytać Pratchetta. Nie przeszkadza mi to wszak pochwalić owego dziełka. Na uwagę, prócz sprytnie pomyślanej i ciekawej fabuły oraz znanego i lubianego humoru, zasługują co poniektóre postaci.
1) Ciotki Cierpienia.
Każdy klient, który naruszał spokój jednego z miejscowych domnów o dobrej reputacji, lękał się Ciotek o wiele bardziej niż straży. Straż miała swoje reguły. Straż nie miała torebki Dotsie. A Sadie potrafiła dokonać strasznych rzeczy parasolką z rączką w kształcie papuziej główki.
Co inspiruje mnie do obnoszenia się znów z papuga hem, zwłaszcza że aura sprzyja. BTW, zapuszczanie w radiu „Riders on the Storm” w obecnej sytuacji to niesłychanie banalne pójście na łatwiznę, ale wciąż robi Wrażenie, gdy tak człowiek za tzw. kółkiem. BTW^2, posłuchajcie sobie innej zacnej
piosenki o deszczu, której nie jestem w stanie wykasować sobie z głowy.
2) Doktor Lawn.
– Tak, faktycznie życie jest tu wyraźnie nieobecne.
Ot, zwłoki sobie zdiagnozował.
Tedy warto przeczytać. Sobie samej też to mówię.

172) Chip'n'Dale.
03 marca 2008, 16:22 skomciuj (1) Cóż za smuteczek – trochę techniki i się zgubiłam się. W dniu wczorajszym, porą wieczorową, w oczekiwaniu na projekcję najnowszego odcinka „Fucktów”, postanowiłam spędzić chwilkę przy komputerq. Między innymi ściągnęłam sobie pocztę. Pośród licznych reklam viagry i środków na powiększenie penisa, znalazła się wiadomość od ćwiczeniowca z karnego zawierająca w załączniku parę kazusów. Postanowiłam wydrukować je sobie i następnie spędziłam miłą chwilkę z kodeksem i nimiż. Lecz kompumaszyna poinformowała mię, iż skończyła się madżenta, jakoż i cyjanek. Wobec tego znalazłam zestaw zamienników zawierających w/w farbki i przystąpiłam do transmutacji. Obstrukcja insługi wyjaśniała, że należy przekleić chipa z oryginalnego pojemnika na ów nowy. Odkroiłam tedy chipa i przycisnęłam go do nowości, po czym wtryniłam to gdzie trzeba. Tak załatwiłam madżentę. Niestety cyjanek okazał się być opornym i chip odpadał ciągle i ciągle, i dopiero za osiemnastym może razem, po wielu przekleństwach i wielu akcjach poszukiwania chipa, który wkielznął się do drukarkowych bebeszków, duma ma uleciała i spojrzała raz jeszcze do instrukcji. A tam – uwaga, będzie ścianah – dobra rada, żeby chipa dwustronną taśmą przylepić. Takowa zresztą w komplecie była. Okej, zbieramy się z podłogi, na którą upadlim po rozchichraniu się nade mą ciołowatością. Krok kolejny: drukarka nie reaguje na noffego cyjana! Może jest krzywo przyczepion ten chips alboco? I dalej, dwadzieścia tysięcy kolejnych prób, a komputerek wciąż mówi, że nie będzie kazusów, bo nie ma niebieskiego. Czyli bardzo biesko. Bies jakiś zesłał mi tę drukarkę. Choć drukować pragnę na czarno, taki bowiem nielegal mię kręci. Zadzwoniłam do taty-informatyka, ale ówże nie opanował sztuki widzenia na odległość i wychodzi na to, że muszę techniczny mój koszmarek zawieźć do Katowic. Chip potrzebuje Brygady RR. Tymczasem ćwiczenia z karnego właśnie trwają. Jakoś tak nie chciało mi się na nie pójść. Czyli cały trud na marne, ale za to sobie odpocznę fajnie <=> radocha!

173) I wanna walk this Earth like it is mine!
04 marca 2008, 17:28 skomciuj (2) – Kurde!
– …
– Czemu zawsze tak jest –
– Że jak nam się wydaje, że jakiś film może być fajny, to –
Czyli Carol i Katjah oglądają „Pociąg do Darjeeling”. Obejrzały już. Przed chwilą się skończył. Ech, cóż to była za durność, cóż za bezsens i jakaż nudah zarazem. Cóż za totalna banalność, jakaż nieśmieszność, nieporuszającość i w ogóle ość w gardle. Z Beznadziejnych Filmów, Które Widziałyśmy Razem ten jest chyba najbardziej Beznadziejny. Wcześniej za takowy uważałam „Babel”.
Wes Anderson raz jeszcze maluje przed nami skomplikowany i uwodzicielski pejzaż ludzkiej duszy, a przy okazji zostawia nas z egzystencjalnym dylematem: czy lepiej być szarym człowiekiem, jednym z miliona, ale wieść szczęśliwe życie wśród bliskich, czy też może być człowiekiem wyjątkowym, ekscentrykiem skazanym na wieczną alienację.
WTF?!?!?! O_o!!!
Pozostając w klimatach kulturalnych: od paru dni katowałam wszystkich, którzy chcieli (albo nie chcieli) słuchać, informacją taką, że poszukuję nowej przekultowej muzyki. Wesoło-wrzeszczącej. Last.fm przybył z pomocą i oto odkryłam zespół o wdzięcznej nazwie Gogol Bordello.
Gogol Bordello to 9-osobowa nowojorska formacja w skład której wchodzi dwóch Rosjan, pół-Chinka pół-Szkotka, Żyd, Etiopczyk, Ekwadorczyk, Tajka, Amerykanin i jeden Ukrainiec.
WTF?!?!?! O_o!!!
Próbkah. Teraz porzucę kulturę i podzielę się ze światem inną informacją. Były dzisiaj wyniki kolokwium z civil love. Dr Bartłomiej rozdawał nam prace, a mnie natenczas dręczyły hercklekoty i panikah cała skumulowana i narzekania wszelkie naokoło pociskane, że na pewno napisałam ciołowato, że nie zdałam i w ogóle ble. Dr rozdał wszystkie prace, a ja mej nie dostałam.
WTF?!?!?! O_o!!!
Ale szybko wyszło szydło z miecha, że pies doktora nie zjadł mej pracy ani też młodszy braciszek nie spuścił jej w toalecie. I dostałam 4,5. Joł, joł, joł, może nie jest ze mnie taki cioł?
Podsumowując, koffany pamiętniczku, dzień uważam za udany, choć to nie koniec jeszcze. Niemietzki. Zieeew.

174) Bo nie umiał w szkole tabliczki mnożenia ani podzielenia.
05 marca 2008, 17:57 skomciuj (1) Jakiś czas temu, gdyśmy ze Współlokatorką gwarzyły o elementach planów przyszłościowych, wyraziłam głośno czającą się w mych trzewiach wątpliwość związaną z drugim kierunkiem studiów, który miałby w klimatach pozostawać ekonomicznych. Ekonomiczność owa wymaga ode mnie pochwalenia się wprzód wynikami z matury z języka obcego, jakoż i z matematyki. Tę drugą olałam na maturce we właściwym maturce czasie, ale zapisałam się na ten rok. Chodziłam do wypasionej klasy mat^2 w liceum, toteż wszystko kwestią jest przypomnienia, lecz i na przypominanki poświęcić trzeba chwilę. I tak rozkminiam, rozkminiam. Czy ja naprawdę chcę latać z wywalonym jęzorem po Krakówq, wstawać przed szóstą i wracać po dwudziestej, a w sesji mieć popieprzone Tohuwabohu? No nie wiem.
- No nie wiem. Nie wiem, czy to ma sens. Ale maturę sobie zdam, nic mi się od tego nie stanie.
Carol uznała tę frazę za godną zapodania jej tegorocznym pierwszoraźnym maturzystom. W istocie, punkt widzenia zmienia się wszyscy wiemy jak. Bo co to jest taka matura, Katjahu osiemnastoletni, za mękę ją miałaś, a co to było? Nitz.
W każdym razie wlazłam sobie na stronę CKE i ściągnęłam informator, żeby wiedzieć dokładnie, co obowiązuje. Wyszło szydło z miecha, że program jest tak obcięty, że szczęście prawdziwe, iż zostawili w nim dodawanie. Najbardziej urzekło mnie stwierdzenie: „funkcja cotangens nie obowiązuje na egzaminie maturalnym w latach 2008-2009”. Muszę to sobie dobrze zapamiętać, żeby mi się nie wymsknęła w jakimś zadaniu.
Urzekło mnie też zdarzenie z cyklu „uważaj, o co prosisz, bo może się spełnić”. Zdarzyło mi się promieniować skrępowaniem na basenie, gdy w całym obiekcie przebywałam ja tylko i ratownik, który miast jak Ponbóczek przykazał siedzieć na plastikowym krzesełku i czytać „Życie na gorąco” łaził w tę i z powrotem śledząc mój pływ. Dziś w wodzie odkryłam dwóch obleśnych facetów i starowinkę, a ratownik była usadzoną na krzesełku i zaczytaną kobietą. Słowa mają moc.

175) Nie mam czasu na seks.
06 marca 2008, 17:17 skomciuj (0) Opuściwszy budynek przy Olszewskiego 2 w stanie kompletnego zszokowania świeżo uzyskaną oceną z kolokwium z prawa administracyjnego (4.0 po przyszykowaniu się na dwa razy mniej), udałam się na przystanek tramwajowy, ażeby wziąć udział we wbitce do kręgielni. Wbitkę uczyniły oprócz mnie jeszcze cztery postaci, w tej liczbie koleżanka Wanda. Tedy była Wanda i banda. I straszliwe radochy odchodziły. Po drodze z przystanku pt. Nowy Kleparz pozbierałam trochę ulotek od rozdawaczy, a następnie dałam się ponieść memu zacnemu nastrojowi i wybiegłam trochę przed czoło kolumny, by zatrzymać się, zaczekać aż koleżanki do mnie dołączą, i pociskać im owe ulotki. Tak przeminął spacerek do kręgielni. A w tejże – huhu!
Najprzód była rozkmina dotycząca płci. But zmienny czterdziestka był mi za ciasnym, zatem polazłam po czterdzieści jeden. Kiedy wróciłam, Carol i Ola kontynuowały uprzednio zaczętą rozmowę. Tematem było gadanie z facetami, coś w tym stylu. Z facetami.
– Bo kobiety są w ogóle fajniejsze.
– Ale niż kto? – zapytałam chcąc do rozkmin się wtrynić. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to tak, jakbym nie wiedziała, jakie mamy płci na tym świecie! Ale zabrzmiało.
– No cooo, chciałam się tylko upewnić – westchnęłam, a Carol się śmiał się.
Pracownicy zastosowali niezwykłe połączenie obrazów i dźwięków. W kręgielni bowiem zapuścili muzykę Marii Peszek oraz Fashion TV bez fonii. Wobec tego stwierdziłyśmy, że byłoby spoko założyć smażalnię ryb, zapuścić w niej program o robótkach ręcznych i heavy metal. Marysia Peszek miauczała, a myśmy sobie pykały w te kręgle rozmawiając o różnych wesołych sprawach.
– Miiiły mój, ty zawsze przy mniej stój – prosiła. – We śnie, na jawie, spotkajmy się na kawie.
Super tło, niesłychanie zagrzewające do rywalizacji.
– Daj ogień i skręta – prosiła. – Śnią mi się bliźnięta – wytłumaczyła zakłopotana.
A kule latały i zderzały się z kręglami aż miiiło.
– W moim ciele lawa – zwierzyła się z nieciekawej przypadłości.
– Jestem jak wulkan, a ty jesteś mój paaan – zamiauczałam i ja. Uznano, że mogłabym peszkowe teksty pisać, pokraśniałam więc z dumy.
I tak to leciało. W oczekiwaniu na nasze rzuty siedziałyśmy sobie na zestawie krzesełek, często gęsto wskakując też sobie na kolana, coby było krotofilnie i gorsząco. Dwakroć skomentowano kościstość mej rzyci. Westchnęłam. Westchnęłam. Potem sposobność spalić cegłę mogłam, gdy poszłam sobie kulę pchnąć i Wanda rzekła coś, iże dystyngowanie podryguję nadgarstkiem przy tym.
– Tak! I mam kościstą dupę! – krzyknęłam nie-cicho k’uciesze pana z obsługi, który akurat wszedł na salę.
Innymi słowy: bawiłam się kultowo. Już tęsknię za tymi chwilami.
– Tęsknota we mnie siedzi jak drucik z miedzi – łączy się ze mną w bólu Peszek.

176) La Mancza.
07 marca 2008, 18:08 skomciuj (0) Dolina Śmierci – taką ksywkę zwykłam w myślach przyklejać do salki, w której miewam niemietzki. Jest tam zawżdy tak nagrzane, jakby miało nie być jutra i momentu, gdy przyjdzie zapłacić za to ogrzewanie. Kto się zagapi i nie ubierze na cebulkę, ten cierpieć będzie. Nie, każdy cierpieć będzie. Od początku do końca. Od 19:30 do 21:00. Kto się zagapi i nie wypije kawy, ten cierpieć będzie. I każdy inny takoż. Acz ostatnimi czasy wprowadzono udogodnienia – automat z napojami quasi-kawowymi i wentylator, który stoi akurat za moim stałym miejscem. Tedy jest tak troszkę Marylin-style. Muszę kiedyś przyjść w sukience.
– Błagam, błagam, błagam, Iza! – zakrzyknęła jakaś inna nauczycielka wbiegnąwszy bez ceregieli żadnych do sali naszej schłodzonej. – Oddaj mi wiatrak!
– Nie – odparła pani Iza i uśmiechnęła się paskudnie.
– Błagam, błagam, błagam, chociaż na chwilkę – Tamta niemalże na kolana padła. – Nie dość, że gorąco, to jeszcze capi jak w szambie.
– Nie.
Abstrahując od nieeleganckiego słownictwa, zastanawiam się, czy to jeszcze asertywność, czy już agresywność. W każdym razie pokarało, albowiem chwilkę po wyjściu pani szambonurkowej, wiatrak trafion został przez Schlag. I dopiero się szambo zrobiło. Ładnie korespondowała z tym wypowiedź koleżanki w czasie gry w odgadywanie postaci. Każdy z nas miał na głowie czapkę z kartki uczynioną, a na niej jakieś dane osobowe Słynnej Osobistości i mieliśmy zgadywać, kimżeśmy są, poprzez zadawanie odpowiednich pytań.
– Don Kichot? – zapytała koleżanka zmęczonym głosem istoty udręczonej upałem.
W tymże momencie drzwi rozwarły się ponownie i pojawiła się pani szambonurkowa.
– Izka, zlituj się! – zawołała.
– Sancho Pansa! – skomentowała głośno koleżanka.
– Donald Tusk – odcięła się szambonurkowa.
Donaldu Tusq był bowiem wypisany na karteczce nagłownej. I tak oto zepsuto nam zabawaha. Nie warto walczyć o wiatraki.

177) Ja prosty człowiek, sprytnym nie wchodzę raczej w drogę.
08 marca 2008, 12:03 skomciuj (0) Problem z nową fryzurą, którą państwo prezentowałam, takiej jest natury iże bez fryzjerskiej ręki nieciekawie jest. Albowiem sprzeczności drzemią sobie w tych włosach – trwała ostro broni się przed nowym ładem. Szampon, o którym także państwu opowiadałam, to pic, zgodnie z zapowiedzią. Uroczo pachnie przynajmniej. Podjęłam w ubiegającym tygodniu próbę zrobienia Tego tak, jak To robią profesjonalistki. Urobiwszy włosy wilgotne postpryszniccowo za pomocą magicznego olejq ujarzmiającego kosmyki niepokorne, sięgnęłam po suszarkę z wąską końcówką do modelowania oraz tak zwaną okrągłą szczotkę. Okrągłą – a każdy widzi chyba, że to je normalny walec. Acz niestety okazało się, że zawijanie na nią włosów i przyciskanie na raz do takich zawiniątek suszarki, sprawia iż czuję, że moje ciało jest więzieniem. Zamknięta w mym człowieczeństwie dwurękim zaledwie, nie byłam w stanie ogarnąć tak skomplikowanych czynności, skoordynować ich, nadzorować i kontrolować. Tym bardziej, że końcówka suszarka ciągle odpadała i lądowała w koszu na pranie doprowadzając mnie tym samym do czegoś na kształt szewskiej pasji. Ale Carolek za to uzdolnion jest i mi strzelił prostowanko z moją małą pomocą, która się sprowadzała do trzymania suszarki w momentach, gdy nie była potrzebna, a wręcz zawadzała – przy zawijankach kolejnych. Może gdybym wyhodowała sobie jakoś trzecią rękę, to radziłabym sobie zacnie z modelowaniem fryzury, ale podówczas efekt ładnego wyglądania mógłby zostać coniebądź udaremniony. Ale jest na to rada – prostownica. Ach, jakąż wspaniałą przygodą jest przytykanie sobie do fizysa takiegoż gorąca. I jakże wspaniale jest pomyśleć, że wystarczy raz tym chwytakiem przejechać po kosmyku, ażeby osiągnąć efekt ze snów! Nie, to przyjemność, która trwa i trwa. Osobliwie, gdy idzie o tylne partie czupryny. Przydałoby się trzecie oko na plecach, ale: jak wyżej. I na ostatek, po pieczołowitym jeszcze przyprasowaniu grzywki na boczek, wychodzę z łazienki dumna ze się iii:
– Tu – siostra wskazuje na moją głowę – tu ci czegoś brakuje.
Niby twierdziła potem, że chodziło jej o boczny ubytek w grzywie owej, ale.
A na początku w ogóle jej nie zrozumiałam, ale to chyba tylko dodatkowy dowód na to, że prostownica wypaliła mi mózg. Per aspera ad trendy. ;(

178) Żadna moc w Wenecyi nie zdoła zmienić ustaw istniejących.
09 marca 2008, 12:44 skomciuj (0) Słyszałam, rzecz to jasna, że „Kupiec Wenecki” jest kul sztuką, jak to Szejkspięr i w ogóle. Aczkolwiek nie przypuszczałam, że jest to po prostu mega kazus z cywila. Może w paru słowach opowiem tę historyjkę: kupiec poręcza dług swego ziomala zaciągniony u znienawidzonego Żyda. W razie niewypłacalności ma oddać funt swego ciała. Jak z nieprzyjaciela zrobić wierzyciela. I jak kiepsko jest, jeżeli ustawodawca nie jest na tyle uprzejmy, żeby przewidzieć jakieś zasady współżycia społecznego łagodzące okrutną literę prawa (czasem się zastanawiam, która z liter prawa jest najokrutniejsza: „R” brzmi potężnie i groźnie, ale za to „W” bardziej przypomina narzędzie tortur). Wychodzi wówczas społeczne gwałcenie. I trzeba biednemu kupcu wyciąć funt ciała, bowiem statki jego zaginęły; majątek stracon. Ale uczony jurysta-antysemita wyskakuje ze sprytnym krukiem prawnym (wielokropek).
No i wcale spoko to przedstawione było, choć parę niedoróbek dostrzegłam. Np. jak się robi scenkę o dużym ładunku erotyzmu, to powinno się uprzednio poćwiczyć rozpinanie i zapinanie bogato zdobionych sukien. Jak się zapuszcza ogromny generator pary, to warto jakoś wspomóc wątłe głosiki aktorów, które normalnie nie dają rady generatora przekraczać. Jak się, wreszcie, jest aktorem, to warto tekstu się nauczyć. Lecz to takie tam drobnostki. Ogółem ciekawie zaaranżowane – przezroczyste pudło w roli getta, stroje aktorów biało-czerwone, jakoś tak symbolicznie tak i skłaniająco do refleksji. Dla młodych jurystów – obowiązkowo!
Się rozhulałam się teatralnie w tym roq, za dziesięć dni „Całe życie głupi”, potem w Katowicach „Kolega Mela Gibsona”. Może będę mogła niedługo mówić, że nie tylko lubię teatr, ale i doń chodzę, MUAHAHAH.

179) Super Bowl.
10 marca 2008, 16:12 skomciuj (0) Wczoraj wieczorem Carolek temi słowy się ozwał omawiając plan logistyczny na dziś:
– I jeszcze chcę iść kupić sobie pomadkę.
Po namyśle zasię dodał:
– I poojca.
Uruchomiło to w mej głowie machinę, która przetoczywszy się, podpowiedziała mi, że ostatnimi czasy szczególnie dużo gierek słownych wszędy się czai i żal by było nie uwiecznić. Czasem takie wzruszenie nieziemskie mię chwyta, ileż to niesamowitości czai się w polszczyźnie. Nigdy nie odkryjemy wszystkich jej niespodzianek. Gdyby nam kiedyś tego zabrakło –
Nie, nie zabraknie.
Skoro o języku mowa, to obczajta taką scenę rodzajową. Mutter mój, wtrącić wprzód muszę, uczy się włoskiego i angielskiego, jeździ sobie na lekcyjki i zawżdy zabiera ze sobą czarną torbę, coby do czego mieć podręcznik upchnąć. Vater w sobotę z rańca zagaił:
– Kupiłaś gazetę?
– Tak – odparła matula.
– O, a gdzie jest?
– Sprawdź w mojej torbie na język.
.
.
.
/rotfl rodzinny/
– Z czego się śmiejecie? – zdziwił się ojczulek.
– Wyobraziłyśmy sobie torbę na język.
Trochę wcześniej niźli w ten weekend zdarzyła się insza scenka. Sorx, że wyciągam Wam takiego starocia, ale myślę że mogę się ekskulpować* z uwagi na fuckt, że inakszej scenka by zaginęła w mroq dziejów i byłoby szkoda. Otóż w zeszłym tygodniu upiekłyśmy z Carolem muffinki. Kiedy im się wystygło, kciałyśmy czymś je przykryć. Ponieważ nie było czystych misek, jako że wszystkie wykorzystałyśmy do produkcji owych zacnych babeczek, Carol zadecydował:
– Dajmy miskę od wagi.
Na uwadze of kors miał miskę, która była w komplecie z wagą, acz zaraz zaczęłyśmy rozkminiać ewentualne istnienie misek bojaźni, radochy, smutku i innych takich.
I taki to żiwot.
____________________
* – poznałam nowe słowo na wykładzie z cywila, przekul, nie?

180) Powietrze miejskie czyni wolnym.
11 marca 2008, 15:52 skomciuj (0) Siostrah machnęła sobie dzisiaj finał konkursu biologicznego i po powrocie do dom, pocisnęła mi link do pedeefa z tymże konkursem. Przeglądając stronice pełne wodniczek tętniących, ślimaków, stożków wzrostu i pantofelków, natrafiłam takowo na zadanie dotyczące oddychania beztlenowego. Nie zwróciłam nań wszakże uwagi szczególnej, ot, zakonotowałam. Po czym wyruszyłam z Carolem w trasę do znanego i lubianego hipermarketu C. Och, jakże mocno trwałyśmy w niewiedzy, co też nas czeka! Rozprawiając o sprawach różnych, beztrosko mknęłyśmy ulicami magicznego stołecznego królewskiego miasta. Ustawione w ogonku do skrętu w lewo już bezpośrednio przy centrumie handlowem, snułyśmy wizję szybkich, przyjemnych i lajtowych zakupów. I owszem, były one szybkie. Szybkość owa niestetość nie wynikała z naszej woli niczem nieskrępowanej. Po wejściu na halę C., odkryłyśmy bowiem, iż śmierdzi. Nie – Śmierdzi. Nie – ŚMIERDZI. Nie –
ŚMIERDZI. A właściwie to
ŚMIERDZI!
Żeby już bardziej dosadną nie być. Mijając kolejno różnorakie produkty, czułyśmy ich wonie w wersji zwielokrotnionej. Na przykład przy oponach cuchnęło fajczącą się gumą, a przy dekoracjach wielkanocnych – zgniłymi jajcami. Wniosek – wentylacja is dead. Pomysł, żeby porzucić hipermercado C. i wbić do T., nie przyjął się z uwagi na wysiłek włożon w dostanie się do C. Tedy poczyniłyśmy te zakupy z każda chwila coraz bardziej uświadamiając sobie, że nie potrafimy oddychać beztlenowo. Najgorzej było na ostatek przy kasie. Słaniałyśmy się na nogach.
– Czytałaś takie opowiadanie Zajdla – ozwała się Carol – w którym ludzie oddychali używanym powietrzem?
– Tak jak my?
– Noo i oni, hm, a zresztą, opowiem ci potem, bo teraz nie mam siły.
– A ja nie mam siły słuchać.
Szybko, szybko, płacić, pakować do worków wszystko, wybiegać na zewnątrz, witać z radością, oj jak wielką O2, O2, O2! Ale co się stało, się zrazu nie odstało. Na szczęście po zaliczeniu przydzielonej dawki cierpień odzyskałyśmy kolory naszych fizysów. Nie wiem jednakowoż, zali czuję się na siłach iść na duszny niemiecki wieczorem. Chyba nie. Zwłaszcza, że czeka mię jeszcze nauka do niesamowicie trudnego kolosa z PMP – muszę wqć óśm stron skryptu, nie wiem jak to przeżyję. ;____;

181) Joyce of my choice.
12 marca 2008, 14:35 skomciuj (4) Nie jest jakimś szczególnym sekretnym sekretem, że jeśli idzie o świadome zwracanie na siebie uwagi facetoof, jestem kiepskawym strasznie zawodnikiem. Znajduje to odbicie w wielu żarcikach i kultowościach wymyślanych z Carolkiem pospołu. Na przykład ubolewałam sobie wielokroć, że nie mam starszego ani w ogóle żadnego brata, bo przydałoby by mi się w sposób naturalny traktować tę płeć przeciwną i może dzięki temu miałabym więcej kolegów. Nie, żeby Marta była złym rozwiązaniem, Absolut broń! Ale. No i takie ubolewanie zgrało się razu pewnego z zakupem nowych spodni, które podkreślały chuderlawość moich łydek, co w połączeniu z kozakami sugerowało, iż te ostatnie pożyczyłam od brata. Przynajmniej buty miałam od niego, czyli powinnam znać się chociaż na męskich butach. Kiedyś w „Twiście” napisali wszak, że chwalenie butów do droga do zdobycia serca mężczyzny. Na pewno mieli rację, jak we wszystkim.
W każdym razie ostatnimi czasy czuję, że mój młody żiwot przecieka mi przez palce i że niedostatek romantycznych wzruszeń zasusza moje i tak słabo podlewane serdushko, wpakowane dotąd w związki nieudane, które zaczęły się jakoś tak przypadkiem i z małym udziałem planowania i zdobywania. Jacyś panowie sami do mnie przyszli, a chyba nie będą robić tego w nieskończoność. Dlatego też, kiedy podczas przerwy na jednym z wykładów Carolek zwrócił mą uwagę na stojącą przy pobliskiej ścianie parkę ludzi zajmujących się tym, jak mu tam, flirtem; czym prędzej wyciągnęłam z teczki kartkę papieru i zaczęłam czynić notatki. Wypisałam sobie w punktach, co może robić dziewoja w takich sytuacjach.
1. Opieranie się o ścianę.
– Ale tylko tak subtelnie, ramieniem i bioderkiem – podkreśliła Carol, a ja pokiwałam głową i sporządziłam rysunek poglądowy.
2. Tajemniczy uśmiech.
Do tego również sporządziłam szkic, acz Carol parsknął śmiechem uźrzawszy szeroki grymas szaleńca, którym przyozdobiłam narysowaną fizys, więc nie wiem czy utrafiłam w sedno sprawy.
3. Co do zasady przyglądanie się (patrzenie w oczy z zainteresowaniem), ale ustawodawca wprowadza wyjątki: uciekanie spojrzeniem.
Tu już nie namalowałam niczego z powodu wysuwającego się na pierwszy plan aspektu dynamicznego czynu. Niestety potem przyszedł profesor i wykład pierwszy z przedmiotu Flirt zakończył się. Tedy nie mam więcej pomysłów na razie. Smuteczek. Ale za to wybrałam się na ćwiczenia z Flirtu. Zupełnie przypadkiem. Jadąc sobie dziś autobusem do dom po oddaniu w dziekanacie karty egzaminacyjnej i zdobyciu zacnego hologramu rewitalizującego legitymację studencką; usadziłam się na miejscówce obocznie do chłopięcia, które byłam już przyuważyłam w ubiegłym tygodniu. Było to bowiem wcale miłe dla ócz chłopię czytające „Ulissesa”. Już wówczas miałam ochotę – zobaczywszy jak męczy się z którąś z pierwszych stron – zagadać doń i połączyć się w bólu, ale oczywiście byłam zbyt nieśmiała. Dziś, podbudowana teoretyczną wiedzą zdobytą na wykładzie z Flirtu, postanowiłam zagadać. I zrobiłam to.
O_o!
Mianowicie zapytałam, jak mu się podoba ta powiastka. On wywaliwszy na mnie gały, odparł że dopiero zaczyna swą przygodę z rzeczonym dziełem. Zaproponowałam, że mu opowiem treść, żeby biedak nie musiał się męczyć, lecz oczywiście uśmiechnęłam się (tajemniczo!), choć jednocześnie sugerująco, że to Żart i że tak naprawdę to ja też jestem Intelektualistką. Rozochocona sukcesem w samym odezwaniu się, naświetliłam pokrótce młodzieńcowi mój plan przeczytania „W poszukiwaniu straconego czasu”, plan wiecznie oddalający się w niedookreśloną przyszłość. Chłopiec przyznał, że ma podobnie, ale potem uciekł spojrzeniem na trwałe, interpretując rozszerzająco wprowadzony przez ustawodawcę wyjątek. Tym samym nie widział, jak pięknie oparłam się o szybę i w ogóle nie widział już niczego oprócz „Ulissesa”, a na koniec wysiadł, uśmiechnąwszy się jeszcze uprzejmie przed wypodaniem się z autobusu.
Spotkanie Flirt vs. Katjah zakończyło się wynikiem 1:0, ale przynajmniej próbowałam. Może pod koniec semestru uda się zaliczyć – ćwiczenia i egzamin. Najwyżej odłożę sobie trochę kasy na warunek, ot co. A jeśli rzeczywiście nigdy nie wyjdę za mąż, to się pocieszę, że przynajmniej wyszłam na idiotkę.

182) Il diabolico barbiere di Fleet Street.
13 marca 2008, 15:27 skomciuj (4) Wespół ze znajomkami wystawiliśmy sobie w kinie pewien ruchomy obraz.
– Jak to się nazywa? – zapragnęła się upewnić Ola.
– „Sweeney Todd”.
– Nie! „Sweeney Todd: Demoniczny Golibroda z Fleet Street”.
– *rotfl*.
Otóż właśnie, jegośmy sobie wystawili. Mnie się podobał. Historyjka, jakkolwiek mhroczna i tak dalej, banalna straszebnie się okazała i przewidywalna. W wersji bezpiosenkowej byłaby przenudna. Albowiem ów mhroczny klimat szybko czyni widza doń przyzwyczajonym. Ale widz ogląda dalej, bo jest humor washed in black i owe piosenki, całkiem fajne, acz pozbawione tego cosia, który nakazuje pragnąć soundtracku zaraz po wyjściu z kina. Zasię jeśli idzie o grę aktorską, to nie zostałam zDepptana. Dżony chyba zbyt długo grał Jacka Sparrowa i zostały mu pewne elementy tamtej postaciowości. Chyba, że to miało być Mrugnięcie Oka do Fanów – w takim razie nie wyszło mu mrugnięcie, lecz trwała półślepota. Helena w roli pani Lovett przypadła mi za to do gustu. Sjuper był Alan Rickman jako perwersyjny sędzia, zwłaszcza gdy w duecie z nim objawiał się kolo, który grał Glizdogona. Czekałam, kiedy z ekranu wyskoczy Voldie. A po głowie wciąż chodziło mi „Snape Snape, Severus Snape” z tej
klasyki. Było takoż parę smaczków dla młodych jurystów, no może poza tym smaczkiem, którym miało być zjedzenie prawnika.
Czegoś brakowało jednakowoż, bo nie zachwycało, jak nie zachwycało, jak zachwycało. Ale przyzwoicie i niczego nie żałuję.
A dziś też mhrok taki i ponuractwo na polu, ojojojoj, dwie osoby widziałam wypieprzające do kosza połamane parasole. Mój wytrzymał, jakkolwiek był moment, kiedy pewna byłam, że odfrunę k’niebu ciemnemu. Wszakże była i chwilka z tęczą i przyniosła mi sporo radochy. Jak zachwyca, jak zachwyca!

183) Noc, a nocą gdy nie śpię.
14 marca 2008, 20:20 skomciuj (2) To, co wyrabia się w moim łóżku, ludzkie pojęcie przechodzi. Mam nadzieję, że zaintrygowałam Was pierwszym zdaniem tej jakże zacnej noci i zarazem wydudkałam, albowiem pragnę w kilku słowach omówić upierdliwą przypadłość, która występuje pod nazwa insomnia. Masakrah, kładę się na tapczaniq, przykrywam się dokładnie kołderką – tak, żeby broń Absolucie nereczki nie były, że tak powiem, na wierzchu; zapodaję sobie kołysankę. Choć kołysanka to tylko we czwartki i piątki, bo w te dni jeno pozwalam sobie na pociskanie w uszy słuchawek, ponieważ pragnę o w/w uszy dbać. Acz wczoraj miałam małą guilty pleasure: Avril Lavigne – Hot. Uroczą tę pisnickę przesłuchałam cztery razy, a następnie odłożyłam ajpoda i podjęłam próbę zaśnięcia. Niestety, nazbyt byłam nakręcona wydarzeniami odpływającego z wolna w niepamięć tygodnia + nadchodzącego dnia i jakoś tak nie poszło mi. Grubo po pierwszej postanowiłam, że pomyślę jeszcze nad idiotycznym zadaniem na lektorat polegającym na przerobieniu tekstu nieformalnego na formalny. W tym celu uaktywniłam przyłóżkową lampę i udałam się k’biureczku po książkę. Następnie długo rozkminiałam, jak oficjalnie i ładnie powiedzieć „miejscówka” w języku Szejkspięra. Pstryk! Czwarta trzynaście na zegarku byłam, gdy podniosłam łeb mój znad podręcznika. Nieprzytomnie łypnęłam w zadanie domowe i ten krótki ożywczy sen najwyraźniej przyniósł mi olśnienie. Już wiedziałam, że mus wpisać venue. Ha! „Sto lat samotności” zawierało wątek, w którym ludzie zaprzestali w ogóle sypiać i zaprzestali też umiejętności nazywania rzeczy. Wszystko pasuje, bo trochę Morfeusza pomaga odnajdywać w zakamarkach umysłu wyrazy. Niom, a następnie przez półtorej godziny przewracałam się w tę i nazad na słynnym łożu. Potem znienacka ostro przysnęłam i obudził mnie ezemez, którego pozyskałam grubaśnie po nastawionym na raniec budziku. I znów ta drzemiąca w każdym z nas umiejętność szybkiego przygotowania się do wyjścia, gdy człek napędzan jest adrenalinką! Wolałabym jednakowoż sama czasem być drzemiąca. A venue było dobrze, choć nie mogłam nim zaszpanować, boć mgr Szlaczek swoim zwyczajem wlazł mi w słowo przyjmując na siebie wszystek splendor słusznej koncepcji. Na pocieszenie mogę sobie napisać na kolejne zadanie domowe raport. Do wyboru – albo o organizacjach charytatywnych, albo o rolach kobiety i mężczyzny w społeczeństwie. Może już dziś w nocy będzie okazja do nowych szaleństw.
A komputer je cham, bowiem: 1) zawiesił się w trakcie kreowania noci; 2) nie działa mi gg, choć Adersom działa!
Ale i tak jakoś tak kultowo, MUAHAHAH!

184) Happy Hipo.
15 marca 2008, 13:34 skomciuj (2) Zakończyłam zabawę z nowymi kazusami z cywila. Były wcale krotochwilne w tym tygodniu, choć dr Bartłomiej utracił umiejętność Nazywania i zamiast Karola, Katarzyny, Tomasza i Piotra; w stanach faktycznych uparcie wciąż występowały literki: X, Y, Z, A, B, C. Nudah. I trudno uwierzyć w ogóle, że litera jest w stanie być dłużnikiem albo – co gorsza – wierzycielem. A może by tak pisać sobie ołówkiem jakieś litery, zmuszać je do pożyczania mi pieniędzy, następnie ze złośliwą satysfakcją ścierać je gumką do gumowania? Kolejny pomysł na życie do rozważenia. O ile zgłoski mogą być pożytecznymi, o tyle znaki przestankowe zazwyczaj strasznie mnie wkurzają i sama już nie wiem, co z tym zrobić, może wybrać się na terapię. Rozchodzi się o to, że trafia mnie nieziemski szlag, gdy coś jest spartaczone w sferze przecinków alibo kropeczek. Najbardziej nie lubię, kiedy ktoś w ęternecie nie raczy ucisnąć spacji przed w/w (znaczy się
po!). Nawet najpiękniejszy tekst może przez takie coś stać się plugawym. Kojarzy mi się to z samochodem, który jakiś czas temu widziałam – reklamował sobą jakieś szumne biuro doradztwa, a niewiele brakowało, żeby jeszcze zaczął reklamować bez swojej wiedzy społeczność brudasów. Ale to jeszcze nic przy mojej całej nienawiści do wielokropków, która wszakże jest niczem, gdy ją zestawić z nienawiścią do takich potworków:
1) ,,,
2) ....
3) ..
Odnośnie tego trzeciego, to Carol wysnuła na jego temat intrygującą teorię: dwukropek stwierdził, iż jest zmęczony, po czym położył się i zasnął. Hm, a wykrzykniki to dopiero są –
1) !!!!!!!!!!11
2) !!
3) !i
Czyż nie są wkurzające i czyż nie mam innych problemów? O_o A w kwestionariuszu Prousta se napisałam se, że najłatwiej wybaczam literówki. Kto tam? Hipokrotam. Skoro już nim jestem, to pozwolę sobie na więcej:
,___,
( oo )___
(___)___)\
....| |--| | *

185) Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?
16 marca 2008, 10:53 skomciuj (1) Uważny obserwator moich wczorajszych działań i zaniechań, uznać mógłby, iż przeprowadziłam się do Silesia City Center. Zawiódł się, gdy wreszcie opuściłam tenże przybytek koło dwudziestej drugiej i pojechałam jednakowoż do prawdziwego Pierwszego Domu. Ale-ale. Opowiadać od końca nie będę, jeno od początku, bo mimo wszystko Ordnung jest pożądany. Otóż zaczęło się od poobiedniej idei wyruszenia na kolejne już poszukiwania wiosennego obuwia. Czwarty to już tydzień polowań na wymarzone buciki. Czwarty to już tydzień upatrywań jedynie słusznego w mym mniemaniu modelu, obłapiania wystawionego pantofelka w rozmiarze 37, udawania się do pani sprzedawczyni, proszenia o 40 i dowiadywania się, że niestety, przykro nam bardzo, mamy zaledwie 38,5 i to w brązie. Czwarty i ostatni – w końcu zdecydowałam się na wypróbowanie 39, gdy było dostępne w czerni, i wyszło szydło z miecha, że dawało radę. Tedy kupiłam. Lecz nie tylko obuw cel stanowił włóczęgo po SCC, albowiem jeszcze matula i siostrah szukały dla się stuffu, a i ja pogmerałam wśród szmatek i nawet jeszcze zainwestowałam w wypasioną kul tunikę. Wróciłyśmy do domu jakiś kwadransik po piątej. Miałam kolejny kwadransik, by przesiąść się do mojego auta i wyruszyć z powrotem do Silesii, jako że umówiłam się z Karoliną. Jak zwykle, większą część podróży stanowiło poszukiwanie miejscówy do parkowania, ale w Pieronowicach zawsze w końcu coś się znajdzie. A z Karoliną wprzód udałyśmy się na pizzę Farmerską Cheesy Bites, która jakkolwiek smaczna, stanowiła hardkorowy zapychacz. Walcząc z nią, nie spostrzegłyśmy, jak zapieprzają wskazówki zegarczane. Co realnie zagroziło wizji zdążenia do kina na ruchomy malunek „27 sukienek”. Na szczęście pół godziny później wyświetlano „Małą wielką miłość”, i tę to właśnie komedyę romantyczną
oglądnęłyśmy. Taka tam sympatyczna opowiastka typu „Mieć czy być”, o potędze prawdziwej miłości, rodziny bla bla bla, o tym że pieniądze są be, ale w sumie bez pieniędzy też jest be. Banalne, acz miłe i częstokroć nawet śmiech można było z siebie wypuścić. Po seansie, udałyśmy się w parkingowe Pieronowice, a potem Teletubbisie powiedziały papa. Ja wbiłam sobie jeszcze na stacyjkę benzynową, gdzie zacny pan pomógł mi nakarmić samochodzik, po czym pojechałam, jak już wspomniałam, do Pierwszego Domu, gdzie zażywszy kąpieli i uciąwszy sobie pogawędki na gg, spokojnie zasnęłam bez pomocy komentarza do kodeksu karnego. Kochany pamiętniczku, było zajebiście!

186) Jakiś Katjah.
17 marca 2008, 18:36 skomciuj (4) Się zmęczyłam się, albowiem w dniu dzisiejszym po raz pierwszy od dawna popełniłam full wersję poniedziałku: wykład – lektorat – wykład – ćwiczenia. Ale jużem wrócona „na mieszkanie”, dlatego teraz siedzę i piszę odradzając się, jakoby peniks z fopiołów. Na uwagę, oprócz ćwiczeń z karnego, zasługuje także lektorat, jako że oddawaliśmy się ambitnemu zajęciu, które polegało na ilustrowaniu idiomów, jak dla idiotów. Tudzież innych powiedzonek. Ja narysowałam „the mice will play, when the cat’s away”. Entuzjastycznie przyjęto me wypociny. A i ja odczuwam pewien ładunek dumy. Niestety, mój sukces troszkę rozmytym się stał, gdyż dwie inne koleżanki również zapragnęły zobrazować rzeczone harcowanie. To ani chybi wpływ wcześniejszego wykładu z cywila, na którym profesor rozkminiał, co się stanie się, jeśli miast zamówionego na dżamprezkę cateringu pozyskamy myszy. W każdym razie to moje myszy miały najlepsze party, szkicnęłam im ser, trunki, nuty muzyki. Nie widać było tego, ale słuchały Gogol Bordello. W ogóle to niezły
iwęt się zbliża się, nieciekawie byłoby to przegapić! Wrocław, Wrocław. W sumie niedaleko.
Koniec uwagi dla lektoratu, początek uwagi dla ćwiczeń. Z Carolem bardzo doceniłyśmy następujące hasełko magistra „Ice Truck Killera” P. Tłomaczył nam onże, co się stanie się, jeżeli funkcjonariusz publiczny kogoś zupełnie postronnego weźmie za istotkę poszukiwaną.
– Szukają na przykład Jana, znajdują kogoś, a ten mówi: pomyliliście mnie, ja jestem jakiś Izydor!
Tym akcentem zakończę nocię, choć nie, mam coś jeszcze lepszego na ostatek – świeżutki nius! Idę jutro na – eee – randkę.
O_o!

187) Spotkajmy się na kawie.
18 marca 2008, 21:46 skomciuj (0) Driving home for Easter uskutecznione. Co prawda ominęłam pożal się Absolucie niemietzki, ale skądinąd wiem, że trwanie jego nie jest warunkowane moją pożal się Absolucie obecnością, więc zamiast pojechać do centrum Krakowa, pojechałam se na zadupie Katowic i oto jestem. Ach, cóż to była za droga! Za droga. Więcej się bowiem benzynki pali w koreczq niźli bezeń. A już najkultowiej jest, gdy w organizmie kierowcy zabraknie magnezu?/potasu? – i nogę jego na sprzęgle wspartą, szlag trafi w wersji skurczowej. Mrau.
Nadmiar kawy, rzekłby ktoś, ale wcale aż tak dużo kawaha nie spożyłam na owym reklamowanym wczoraj spotkaniu. Był to za to kawah kokosowy, wybrany po długich bojach z menu długim niczym „Lód” Dukaja. Można było go pozyskać w wersji espresso, cappuccino etc, ale także w wersji „kawy granitowej”. Nie jest to kawah z kawałkami granitu, ale z kawałkami zamrożonego Dukaja, nie, kawaha, o ile dobrze zrozumiałam wywód kelnerski. Nie znalazłam wszakże w sobie odwagi, by wypróbować czegoś nowego, skoro poniekąd akurat próbowałam właśnie czegoś nowego.
No i ogólnie to było miło. Rozmawiało się i rozmawiało i rozmawiało i jeszcze rozmawiało, a oprócz nas rozmawiało też dużo zagranicznych gości, co tworzyło interesujący mix. Za plecami miałam scenkę rodzajową – dwa manekiny, które jakowaś Angielka uparcie ciągle fotografowała, przy okazji uwieczniając mnie robiącą głupie miny. Standardzik. Poruszając się wcześniej po płycie Rynku trzykroć wlazłam komuś w kadr, a raz to nawet kamerka mię uchwyciła. Na stoliq zaś w pijalni kawaha stał sobie młynek do kawaha, a obocznie ktoś pocisnął kurczaczki i jajeczka do donicy z ziarnkami kawaha po raz kolejny udowadniając tezę, że Wielkanoc to res extra commercium.
I rozmawiało się i rozmawiało się i rozmawiało się i jeszcze się rozmawiało.
Wnioski jeszcze przemyśliwam.

188) Z tarczycą albo na tarczycy.
19 marca 2008, 13:33 skomciuj (0) Dzisiejszy zimny dzionek zaczął się wyprawą do lekarza. Zaposiadłam bowiem podejrzenie, że moja tarczyca nie wykonuje swej pracy w sposób prawidłowy, zebrawszy do kupy sporo przesłanek znalezionych u siebie. I rzeczywiście, pan doktór po wywiadzie i badaniu skierował mnie na dalsze hormonalne rozkminy. A badania były rozmaite: ustalenie wzrostu i wagi, mierzenie ciśnienia, próba utrzymania rąk nieruchomo (nieudana – „– Zawsze się pani tak ręce trzęsły? – No tak, nawet o narkomanię mnie posądzano. – Muahaha, to z grubej rury idzie to nasze społeczeństwo!”). Potem eskulap zawezwał praktykantkę, żeby zbadała mi poziom cukru. Obawiając się nieco, co by było gdybym nie okazała się wystarczająco słitaśna, nastawiłam palce do ukłucia.
– Ze środkowego weźmy, bo jest fajny mięsisty! Ale są za zimne ręce, proszę sobie nacierać, noo, ponacierać, nie będziemy się pani do kości przecież kłuć!
Nie? To miło. Ponacierałam. Praktykantka wbiła mi szpilę.
– Obserwujmy, jak formuje się kropla! No, dużo dużo krwi musimy mieć! Wyssijmy to! Proszę nacisnąć!
Hm. Nie wyssali, tylko krewka kapnęła na aparacik, który poinformował, że jestem odpowiednio słitaśna.
Następnym krokiem było EKG. Rozebrawszy się do rosołu podawanego w spodniach dałam sobie podpiąć klamerki, który początkowo nie kciały współpracować z mą skórą, lecz dały radę. I wyszło szydło z miecha, że nie dość, że jestem słitaśna, to jeszcze moje życie sercowe jest w normie. No proszę.
Wobec tego eskulap złapał mnie za gardło na okoliczność wypatrzenia tarczycowego wola, ale pomimo moich lęków, wole było wyraźnie nieobecne. Westchnął eskulap, i skierował mnie, jak już wspomniałam, na jutro na owe hormonalne rozkminy. Mam przyjechać na czczo. Rańcem na szczęście. Się okaże się, co tarczycah wyprawia.
I tak to. Pojechałam potem do gimnazjum, gdzie umówiłyśmy się z Karoliną i obejrzałyśmy sobie te mocno pozmieniane mury. Zamieniłyśmy słów parę z nauczycielami, w szczególności długo zabawiłyśmy u wychowawczyni. Na zapleczu naszej niegdysiejszej klasy odkryłyśmy bowiem rozkładany model życia wewnętrznego człowieka. Stał sobie taki oto model i można było mu zdjąć z haczyków płucka, wyrwać żołądek, wątrobę, jelitka. Ba! Można takoż było wyrwać serce. Nie można było wyrwać tarczycy, choć była wyraźnie obecna. Fajnie się ćwiartowało, jeno na ostatek ciężko było to z powrotem poskładać, ale w końcu nawet się udało. Jakkolwiek serce uparcie odpadało, dzikie, niepokorne! Człowieczkowi można też było zajrzeć do mózgu po przepołowieniu łba. Ot, taki półgłowek sobie był. Jakoś mnie zadowolił pomimo deficytu wypchanego bażanta, który pięć lat temu ubarwiał szkolną rzeczywistość.
Później jeszcze rozwiązałyśmy zadania z jakiegoś sprawdzianu z mięśni i kości i poszłyśmy sobie. Coby wycieczkę uczynić prawdziwą podróżą sentymentalną, pojechałyśmy jeszcze do liceum, lecz owoż akurat ten dzień obrało na rekolekcjowanie się, tedy zastałyśmy jedynie panią woźną, panie sekretarki i zabłąkanego gdzieś faceta od PO. No trudno. Zamiast tego obeszłyśmy parę sklepów oraz spożyłyśmy po kebabie.
I tak to! Żeby nie było za mało zabawaha, to jeszcze jadę za trzy godzinki do teatru. ^^

189) The stupidity of our city, of our city.
20 marca 2008, 16:01 skomciuj (0) Jako się rzekło, wyprawa była teatralna wieczorem. Do Krakówka. Miałam znaczy się algorytm Hobbit, czyli tam i z powrotem, ale czegóż się nie robi dla zdrowia ze strony jednej, a dla sztuki z drugiej. Acz lajtowo, nie siedziałam w aucie za kółkiem, jeno w drugim rzędzie i skupiałam się zaledwie na podawaniu matuli biletów rabatowych na autostradę tudzież na pogrążaniu się w zadumce. Pogoda parszywą była, a i sporo blachy szlajało się po ulicach, niemniej dotarłyśmy do Teatru Słowackiego na czas. No i wystawiłyśmy sobie spektakl pod tytułem „Całe życie głupi”. Stanowi onże historyę żiwota komediopisarza Bałuckiego, który to żiwot zaiste barwnym był, podobnie jak i jego teatralna wersja. Postać Bałuckiego ukazana była w sposób, który mnie urzekł wielce, ponieważ Bałucki opanował sztukę podróżowania w czasie i jako stary człek – ale wciąż, całe życie głupi – komentował swe niegdysiejsze poczynania. Aż i ten młodzieniec się zestarzał – podówczas bilokacja pana B. się zakończyła. I takośmy ujrzeli różne jego wzloty i upadki, istną sinusoidę zapodaną w fajnym klimacie, ładnych kostiumach, uciesznych bohaterach i dosyć taką interaktywną – dużo biegali po widowni, a nawet rozdawali ulotki. Z siostrą wcisnęłyśmy się na wolne miejscowy w pierwszym rzędzie, tedy uzyskałam zaproszenie na spotkanie z doktór Marion Davenport o szóstej po południu w najbliższy wtorek. Temat spotkania: emancypacja – kto to są sufrażystki? – czy kwestia kobieca zmieni świat? Także grubo, idzie ktoś ze mną?
Poza tym jeszcze słówko o najkultowszych Momentach:
1) Moment, kiedy modna staje się dekadencja i Bałucki załamuje się jej idiotycznością – nadciągają mroczne postaci w maskach i zaczynają zasuwać z emo tekstami, które zaiste im się udają!
2) Moment, kiedy Bałucki wystawia sztukę o kiepskim teatrze grającym „Hamleta” i świetny aktor gra świetnego aktora grającego kiepskiego aktora grającego Hamleta. Mówi do Ofelii: „kochałem cię, ale już cię nie kocham!” po czym zaśmiewa się demonicznie, tak BUAHAHAHA!
A końcóweczka potem jakoś mało dramatyczna wyszła i nie poruszyła mnie wystarczająco, ale w sumie dobrze, nie ma co się niepotrzebnie denerwować, prawdah?

190) Kto ma rację, ten stawia dekorację.
21 marca 2008, 16:43 skomciuj (1) Foch – jak to się mawia – z przytupem! Siostrah zabrała się za dekorowanie stołu na święta. Zrazu oporna byłam, jeśli idzie o pomaganie, ale kiedy obejrzałam jakie kultowości mamy do wykorzystania, złamać się dałam. Najsampierw Mutter ustawił u boku wspomnianego przykrytego obrusikiem stołu wazon z kwiatami w stylu Małgorzaty. Siostrah zaczyna zatem kombinować. A trzeba Wam wiedzieć, że siostrah to artystka z mocnym zacięciem dizajnerskim i byle co przy niej nie przejdzie. Dlatego też nie była zbytnio zadowolona z pierwszego swego zamysłu poukładania drewnianych jaj wokół wazonu, z uwagi na obecność oczojebnych żółtych zawieszek na jajcach rzeczonych. Poradziłam wtenczas, że można by jajca kajś zawiesić. Na tulipanach nie, bo zbyt słabe, ale może na hodowanym w donicy kumkwacie? Acz też dizajnerskie oko przeniknęło przedstrukturę samego Dasein i uznało takie połączenie za kiepskie. Po czym jęło w miejsce jajek pociskać puchowe kurczaki, a ja postanowiłam zrobić coś niecoś na własną rękę. Sięgnęłam mianowicie po glinianego jeża, w którym zdarza się hodować rzeżuchę. Z uwagi na brak rzeżuchy wtryniłam doń jednakże pulchnego aniołka z masy solnej. Albowiem dekoracje ŚBN są rzecz jasna przemieszane z WLKN, no i kto by tam rozkminiał, co do czego bardziej pasuje. Za to skrzydła aniele przykryłam pluszowymi kurczakami-pacynkami i zatarłam na koniec ręce z uciechy, gdyż osiągnęłam uroczą kwintesencję kitschu. Dumna ze się, na stół ją zaniosłam. Mina siostraha nie pozostawiała mi złudzeń raczej, ale nieśmiało powiedziałam jeszcze, że zrobiłam fajny stroik, co prawda z aniołem, ale może się nada. Chyba nie, odparła siostra zaskakująco łaskawie, lecz zaraz po tym stanowczo sięgnęła po jeżola i wyniosła całość jak najdalej od świątecznego stołu. Porażka na całej linii. Nie poddałam się wszak! Wykonałam jeszcze jeden stroik, tą razą wkładając sztuczne kwiatki do prostopadłościennej szklanicy z barankami i powtykałam do tego jeszcze bazie. I to na jedną stronę, a na drugą koszyk z pisankami, zieloną wstążką i przyczepnymi kurczakami. Efekt był IMVHO spoko, aczkolwiek siostrah znowuż niezadowolon i powiedział, że najchętniej toby zostawił sam jeno bukiet tulipanów. Ścianah! Przecież chciałam dobrze! Nikt mnie nie docenia, nikt.
EDIT!
A jednak siostrah mnie docenił i uczynił mnie bohaterką portretu!
To je on!
191) You make me so hot.
22 marca 2008, 14:08 skomciuj (4) Pan doktór prikazem takim mnie uraczył, iżbym sobie mierzyła temperaturę Katjaszą od czasu do czasu, coby wyczaić, jak też się ona kształtuje, osobliwie po jedzeniu, bo to ponoć metoda świetna, żeby poznać swój metabolizm. Prawdopodobnie niechętnie bym do sprawy podeszła, gdy nie fakt, iż rodziciele dysponują wporzo termometrem. Normalnie to nienawiść odczuwam do leżenia bez ruchu i oczekiwania, aż głupia rtęć łaskawie się ruszy – a potem i tak się okazuje, że źle był pan termometr pod paszką przytrzymany i przez to się w ogóle nie namierzyło. Ale ten pan jest magiczny: wystarczy samobójczo przyłożyć sui generis ssawkę do czoła i nacisnąć guziczek. Świnia nie zdąży mrugnąć, a już wynik wyskakuje. I tak odkryłam, że 36,9 stopni to raczej normalka u mię. Dziś po spożyciu miseczki żuru, przytknęłam sobie znów to cudeńko do głowy, czekam, czekam i –
– Your body temperature is thirty seven coma three degrees! – zawołał jakiś babus, a ja podskoczyłam i zaposiadłam niemożliwe hercklekoty. To porównywalne tylko ze słodką lejdi, która odzywała się z wagi w pracowni fizycznej w liceum. „Tarowanie” – mówiła miękko i człowiek wyobrażał sobie, jak się uśmiecha sympatycznie przy tarowaniu tymże. Takoż ludzie ukryci w GPS-ie samochodowem jacyś tacy sympatyczni są. „Skręć w lewo”. „Po. Osiemdziesięciu. Metrach. Skręć w lewo.” Natarczywość im się uruchamia, gdy stoi się na czerwonem ćmietle. „Skręć w lewo!” – powtarzają z uporem, kiedy ja nie mogę, bobym się zabiła. A ten babus z termomaszyny to z prawdziwym wyrzutem do mnie wyskoczył, że jak ja mogę z takim łbem gorącem się zgłaszać do niej! Przepraszam bardzo. A jak jest dobrze i ma się poniżej 37, to nic nie powie. Ale tacy są ludzie. Jak jest kul, to nie pochwalą, a jak trzeba warknąć, to pierwsi. Takie są i roboty.
Na pocieszenie pragnę wkleić co nieco dla Czytelników, przy okazji życząc Wam wesołych Świąt. Wesołych Świąt! Nie mogłam się zdecydować, tyle jest wspaniałych gifów wielkanocnych w Sieci. Znalazłam nawet bloga w całości poświęconego Wielkanocy: autor opisał to wszystko od strony kościelnej okraszając opis animowanymi kurczaczkami, zajączkami i barankami. Heh. Na inszej stronie znalazłam to i to:

I jeszcze coś. Marta pyta:
– Dajesz też to trzecie?
– Czy ja wiem? Może to przegięcie.
– E tam.
Zatem niech będzie.
Raz jeszcze wszystkiego dobrego!

192) Święta przed telewizorem.
23 marca 2008, 21:49 skomciuj (2) Spędziłam ekstraordynaryjnie dużo czasu dziś Oglądając różne nie-nieruchomości. W tej liczbie na przykład kawałek Formuły 1, w której oczywiście nie wiem o co chodzi i co w tym takiego fajnego, ale oglądałam. Okazało się, że warto było dla jednego komcia komciatora.
– Polak w kleszczach Finów! – zawołał ów pan strwożony. Bo w istocie kleszcze były, aż strach pomyśleć, wszak kleszcze rozmaite groźne chorości przenoszą.
Dalej, Oglądałam sjuper film, który pragnę Wam niniejszym polecić. „Aż poleje się krew”. Ach, cóż to za ruchomość obrazkowa. O tym, do czego doprowadzić może bycie enneagramowym 3w4 – taki bowiem typ zdiagnozowałam u głównego bohatera, überambitnego oilmana. Świetnie zagrane. Dopisuję to do listy, na której siedzą sobie „Prestiż” z „Utalentowanym panem Ripleyem” oraz „Aviatorem”.
Na koniec zaś musiałam wybadać jedną kwestię – mianowicie rodzinka mi opowiadała, że nasz pies bardzo żywo reaguje na Pudziana w „Tańcu z gwiazdami”. Tym samym dowiedziałam się, że Pudzian bierze udział w tej zabawie. No ale nic, trzeba było zobaczyć. Pierwej jednak przewinęło się x innych par tanecznych i za każdym razem to samo pytanie z ust mych padało:
– Hm, kto z nich jest gwiazdą?
Familia tłumaczyła. Na przykład:
– Ten babus.
– A co to za jedna?
– Noo, była w innym programie takim –
– W „Śpiewaj z gwiazdami na lodzie”?
– Chyba taaak.
W każdym razie wreszcie zatańcował sobie Pudzian. Akurat pies ucinał sobie drzemkę czy coś, więc miałam do dyspozycji jeno mą własną reakcję na Pudziana. Cóż, miałam doń stosunek indyferentno-irrelewantny i się nie zmieniło to się.
A skoro już tak o Oglądaniu, to wczoraj podjęłam próbę zapoznania się z niejakim „Juno” i wytrzymałam zaledwie dwadzieścia minut, a dusza moja wyła z tęsknoty za irańskim kinem niezależnym. Do czego to dochodzi.

193) Krew nie woda, majtki nie pokrzywy.
24 marca 2008, 21:04 skomciuj (1) Wczoraj po spożyciu serniczka, kiełbaski, paszteciku, mazurka i paru innych jeszcze smakowitości, nadzieję miałam, że udało mi się zdobyć trochę więcej Katjaha, bo jak cierpliwy Czytelnik wie, próbuję sobie co nieco przytyć. I tak z rańca wchodzę do łazienki, gdzie stoi wagah, i opętana ciekawością wyzbywam się piżamki, a następnie wbijam na to prostokątne pomiarowe cudeńko, a głowie mej kołacze się myśl: NO! Teraz to na pewno już mam oponkę! Niestety, wagah pokazuje mniej jeszcze niż przed uruchomieniem procedury wpychania w siebie serniczka (…) paru innych. Zaraz jednak wzrok mój spotyka się z oknem połaciowym, na którym odłożon – brr – śnieg. Spływa na mię duma z zaniechania wymiany oponek na letnie. Śnieg to taki śmigus dynguśny poniekąd. Myślę tedy, że warto zapamiętać miłościwie nam panujący poniedziałek nalany obok poniedziałku nalanego, który pokrył się z prima aprilisem i nie wiedziałeś już nawet, co krzyknąć po chluśnięciu hadwao, albo obok najbardziej spektakularnego, kiedy to oblano mię na Krupówkach i się zaziębiłam się.
Acz lepszego komcia niźli bogowie aury wystosowała Carol. Ja jej na gg piszę: chlust, a ona mi na to: gulp. Czyż nie jest to sprytna opcja na radzenie sobie z niedogodnościami płynącymi z Tradycji?
Warto zresztą najeść się i popić, gdyż jutro wyprawa na badania krvi na czczo. Straszne. W zeszły czwartek już jechałam dać się ukłuć na głodniaka, to ledwo potem do dom dotarłam.
No to chlup w ten głupi dziób, później chlust, a on – gulp.

194) Zastaw im, a odjedź sobie.
25 marca 2008, 19:41 skomciuj (0) Mały raport z wbitki do laboratoriuma na czczo – ludzie na tym świecie to istni krejzole albo też żołądek pusty osobliwie takich właśnie przyciąga. Oto przyjechałam sobie na badanko już wstępnie rozkrejzolowana z uwagi na niemożność ustawienia sobie auta gdziekolwiek, no
gdziekolwiek, nawet wąskie miejsce na wykonanie tak zwanej koperty by mnie zadowoliło, lecz cholera jasna, nawet! takiego nie świadczono. Znaczy się był cały parking, a na nim ze dwadzieścia albo i więcej stref dla samochodzików, acz jakiś niekoniecznie mądry człek zastawił swym pojazdem wjazd na ów parking. Yeah. Pojechałam w jakieś Pieronowice, gdzie było szajskie miejsce, w które bałam się wjeżdżać, więc zawróciłam i raz jeszcze spatrolowałam okolicę. Hurra, cioł-zastawnik pojechał. No to szybciutko na parking. Po czym do labu. Zarejestrowawszy się na dziewięć badań, obłapiłam karteczkę z ich listą, po czym klapnęłam sobie na krzesełku i wyciągnęłam z torebki książkę. Nie było mi wszak dane poczytać, albowiem siedząca obocznie staruszka jęła do mnie zagadywać i opowiadać o tym, co też jej dolega ilustrując te opowieści potrząsaniem pojemniczkiem zawierającym mocz. Szczęśliwie kolejka aż tak długa nie była i weszłam sobie do Pokoju Pobrań wkrótce, no, prawie wkrótce. Tamże miła pani zacmokała z niezadowoleniem ujrzawszy, jaki brzydki siniak mi się zrobił po ostatnim badaniu i powiedziała, że mam sobie w poczekalni porządnie rozmasować okolice świeżego ukłucia, wonczas siniak pójdzie se w kosmos. Zgadnijcie, któż przyczepił się do mnie, kiedy siniaka w kosmos wysyłałam i jak bardzo nieszczelnie zakręconym zdawał się być pojemnik z moczem przy kolejnych akcjach wymachiwania.
Na parkingu zaś doczepiła się insza krejzolka, która chciała, coby ją wspomóc pieniążkiem drobnem, na co ja wykrzywiłam się i wsiadłam do samochodu myśląc, że oto odjadę sobie. Ale nie, krejzolka urządziła mi blokadę. Za tylną szybą rysowała się jej fizys, a wyraz jejże stanowił niezła przesłankę do ubezwłasnowolnienia, calkowitego. I na nic trąbienie, na nic odkręcenie szyby i krzyk. Dopiero jakiś facet mię uratował, gdy przybył do swego auta wyglądając bardziej wealthy ode mnie. Acz i wówczas lękałam się bardzo cofając autko.
No. A mocno później pojechałam jeszcze po wyniki tamtego wcześniejszego badania i obadawszy karteczkę czułam się jak w dniu, kiedy dowiedziałam się, że dostałam jeno sześćdziesiąt parę procent z matury z polskiego. OK, zdane, ale – czemu tak mało? Tak samo z hormonem, który hamuje szaleństwa pani tarczycy. W normie, ale czemu tak mało? Jeszcze trochę i musiałabym przez ten hormon maturę powtarzać. Jutro zaś wyniki z pozostałych przedmiotów, ciekawe jakich krejzoli znów spotkam przy ulicy Żelaznej.

195) Ślachetne zdrowie.
26 marca 2008, 22:11 skomciuj (0) Wiecie co? Smuteczek. Idę do szpitala.
O_o!!!!!!!!!!
I jeszcze parę wykrzykników. Albowiem pani endokrynolog ujrzawszy wyniki badań mych zatroskała się wielce i skierowała mię na dalsze rozkminy, które uskutecznić można w wersji hospitalizacyjnej. Do poniedziałq z opcją skrócenia do niedzieli tam będę. Sjuper, c'nie?
Pani tarczyca daje radę, ale nie wiadomo co z panią przysadką.
Także ten. Przełamanie zasady jedna_nocia_dziennie, niestetość. Papatki, Toffciani, na pewno będzie o czym pisać, jak powrócę.

196) A jednak się kręci!
27 marca 2008, 15:01 skomciuj (3) Muahaha, się nie pozbędziecie mnie się tak łatwo się! Przybywszy do szpitala objuczona bagażem obfitem dowiedziałam się bowiem, że nie zwolniło się dla mię łóżeczko. Sorx, rzekła endokrynolożka, pani wybaczy, mamy z tym gruby problem i czy pani by się nie zgodziła, ech aż głupio nam o to prosić, bo pacjentki się nie zgadzają raczej, ale raz kozie śmierć – czy pani by się nie zgodziła zostać pacjentką dojeżdżającą? I umilkła jakoby w oczekiwaniu na cios. Ja na to niemalże wycałowałam ją z radochy tudzież dubeltówki i rzekłam, iż dojeżdżanie mi na rękę, nogę, głowę i wszystko. I tako to powróciłam sobie na chatę, prikaz mając, ażeby obrócić dziś jeszcze dwakroć do kliniki, na szesnastą i na dwudziestą drugą. Jutro na szóstą trzydzieści rano, ale to nic, nic to!
Nim wszak na chatę powróciłam, niemało scen rodzajowych przewinęło się przed mymi oczyma, w niemałej też liczbie takowych za bohaterkę robiłam. Albowiem było dużo oczekiwania, dużo łażenia, dużo rozmaitych badań też było, dużo lekarzy, dużo pielęgniarek, dużo pacjentów, dużo studentów medycyny, dużo dużo dużo! A mało spania, bo nocą stresik i rozpamiętywanie stron internetowych o chorobach. Jedzenia wcale, ponieważ wampiryczna pielęgniarka napełniła osiem probówek krwią mą i musiało być to głupie czczo znowuż. Za to teraz pożarłam sobie dwa kotlety, furę ziemniaczków, buraczków i jeszcze ostatek mazurka. Szkoda, że nie nakręciłam filmiku, gdyż pośród wszystkich badań, jakim mnie poddano, była takoż pogawędka z panią psycholog i rozkmina, czy nie jestem może anorektyczką.
No ale reasumując nie było źle, zwłaszcza że takim sjuper statusem się cieszę teraz na oddziale naszem. Always look at the bright side of life, c’nie?
Wczoraj byłam zbyt skołowana, iżby się pochwalić, że byłam na występie Mumio. Było tak rotflaście, że do teraz właściwie się toczę. Miejscówę miałam wypaśną – w pierwszym rzędzie, toteż załapałam się na interakcję – dostałam torebkę herbaty, garść cukru i chlust wody w ramach zabawiania widowni, która uparcie zostawała, gdy kabaret już zrobił co swoje i nie miał innych pomysłów na zabawianie nas. I taaakie przekulty odchodziły, nieopisywalne. Kcę jeszcze raz!

197) Alles mein.
28 marca 2008, 19:25 skomciuj (0) Ostatnio drogi me przecinają się przypadkowo z drogami różnych zacnych postaci – przykładowo w Dzień Kiedy Dowiedziałam Się, Że Idę do Szpitala napotkałam Karolinę Sz. w Silesii, co sobie doń wbiłam na chwilkę bluzeczki obejrzeć. Żadnych bluzeczek zresztą ładnych nie było podówczas. Natomiast dziś, w Drugi Dzień Pobytu w Szpitalu, napisawszy kolejną prośbę o udzielenie przepustki, pojechałam do domq, gdzie atak miałam zamartwiania się mą niepewną kondycją. Dodatkowo czułam się kiepskawo, albowiem w klinice uprzejmi byli pobrać mi krew pięciokrotnie oraz wysłać mnie na inne jeszcze upierdliwe badania. Niemożność skupienia się nawet na książce „Demony dobrego Dextera” była mi bolesną. Wybrałam się zatem z matulą na zakupy do Almy i obocznie do tejże Almy napotkałam Karolinę wespół z bratem. Ucięliśmy sobie pogawędkę, po czym ruszyłam pomóc mamie, choć niewielki zaiste był ze mię pożytek, bo mało co jestem w stanie podnieść mając ręce tak krwiakami naznaczone. Narkomankah. Ale oglądnęłam sobie ową Almę, która wydała mi się być przereklamowaną. Obsługa jakaś taka opieszała i wybór nawet nie jakiś szczególnie kultowy. Acz znalazłam ciekawostkę. Fanką jestem serków wiejskich. Od jakiegoś czasu kupuję sobie sery tego typu z różnymi wsadami – truskawka, miód, brzoskwinka. I dziś Alma zaoferowała mi serusia z ananasem. Nieźle. Umowę zawrzeć trzeba było koniecznie. Poza tym ujrzawszy włoskie ciasteczka cantuccini, pobrałyśmy z Mutterem wszystkie, jakie były na półce. No, zaledwie trzy tuby ich było, ale słowo „wszystkie” ma moc, czyż nie?
Takowoż to sobie wróciłam i zaraz będę dzwonić do mojego endokrinolodżi, czy mam jeszcze dzisiaj przyjeżdżać na badanko, którego terminu nie wyznaczono póki co. Aczkolwiek rzić znając badanko będzie jutro, i dobrze mu tak.

198) Pani od muzyki.
29 marca 2008, 17:36 skomciuj (3) Odnoszę wrażenie, że jeśli kontynuować będę blogasqowe rozkminy na temat deficytu zdrowia ślachetnego, Czytelnicy mię opuszczą i nie dotrwają do dwusetnej noci, nie wspominając o kolejnych setach, które też mam w planach. Dlatego dziś troszkę kultury postanowiłam w sobie wykształcić i strzelić wpis z cyklu Katjah Poleca. Po pierwsze pragnę skreślić słówko czy dwa na temat ruchomego obrazu „Pan od muzyki”, który wczoraj sobie obadałam wespół z mamą i siostrahem. Film ów opowiada o menie, co wtrynił się do jakiejś szkoły z dostępem do internatu. Tamże uczyć jął tak zwaną trudną młodzież i naprostował ich za pomocą łagodzącej obyczaje muzy. Nie tak znów oryginalna idea, filmidło robić tego typu, był już na przykład jeden taki obrazek z Hillary Swank i wyrywaniem dziatwy z wojen gangów. Acz bardzo milutki ten „Pan od muzyki”. Jednakowoż grubo na wyrost wydaje mi się być reklamowanie go jako nowej Amelii. Zwłaszcza, że główny bohater tak średnio ją przypominał. Poczciwy za to był i żal mi się go zrobiło, gdy kobieta, w której się zatoffciała uradowana poinformowała go, że sobie kogoś znalazła. Serce nie sługah. Nawiasem mówiąc, Carol na smoq mi napisała, że przesłuchała sobie jedną piosnkę z myślą, że tytuł jej brzmi „Podżeganie”, a okazało się, że to „Pożegnanie”. Rozczarowana była. Ja za to sytuację miałam więcej satysfakcjonującą. Postanowiłam poczytać sobie jakiś skrypt z karnego i natknęłam się weń na piękne zdanie: „Oznacza to, iż przestępstwa które mogą być dokonane tylko z zamiarem bezpośrednim np. kierunkowe – umiłowane mogą być też tylko z zamiarem bezpośrednim”. Potem zastanawiałyśmy się z Carolem, czy istnieje umiłowanie pożegnania albo pożegnanie umiłowania. To drugie pewnie tak.
BTW, jak byłam mała, to podżeganie w mej świadomości odbijało się jako podrzyganie.
A co do muzy jeszcze, to istnego fioła mam na punkcie takiej oto
pisnicki. Czyż nie jest kultowa? To drugie, co Polecam jako sprawca polecający.
A za pół godzinki wbijam do teatru, trzeba korzystać z życia pacjentki dojeżdżającej. ^^

199) Rotfleksye.
30 marca 2008, 21:25 skomciuj (0) Teatr Korez jest wielce wporzo, coraz bardziej się o tem przekonuję. „Kolega Mela Gibsona” został obadany. Jest li to monodram opowiadające o aktorze, który ongiś słynny, słynnym być przestał i stoczył się ździebko. Wspaniała rola. Już sam fakt nagadania tyle na raz podziw budzi. Choć bywa, że gadatliwość wkurzającą jest, lecz nie w takiej wersji. Skłaniało do rotflowania, ale i do refleksji. Czyli mój ulubiony rodzaj pani Kultury: rotfleksyjny. Polecam, jakby ktoś sposobność miał w Katowicach na takie coś zapolować. Ja to planuję teraz zapolować na „Kometę, czyli ten okrutny XX wiek” z piosenkami Jaromira Nohavicy, którego uparcie nam last.fm nie akceptuje w spolszczonej wersji i ciągle każe poprawiać tagi. A myśmy z Carolem już parę tysięcy pieśni tego Jaro przesłuchały i tak jakby za późno na reformy.
Reformy. Tak ciepło ostatnimi czasy, że można z wolna przerzucać się na siateczkowe stringi. Dziś na ten przykład wybyłyśmy z matulą i siostrahem na słoneczny spacerek, na którym jeszcze piesek nam towarzyszył. Hasał sobie wesół, smyczy pozbawion, w lesie, a my przedzierałyśmy się przez błocko a trawska. Szkoda, krzywda! że nie przewidziałam, iż utknę w owych Katowicach na tak długo, wzięłabym może jakiś lżejszy obuw niźli kozacki, ale. I tak było kul.
Potem jeszcze wbitka do Ikei, coby zakupić świeczuszki, lampkę dla siostraha i dla mię ramkę, bowiem pocisnąć do czegoś muszę portret, co mi namalował siostrah wspomniany. Jeno nie wiem, kaj to powiesić, żeby nie uwidoczniła się za bardzo moja megalomania, a żebym zarazem mogła promować talent Marty. Wilk sytym ma być i owca całą.
– Dlaczego u nas w kraju nie robią takiego owczego sera? – zadumał się ojczulek spożywając plasterek włoskiego specjału.
– Bo wszystkie owce wyginęły – rzekłam bezmyślnie.
Śmiali się ze mnie. A to taki suchy tekst był.
Tyle jeśli idzie o wbitki radochę przynoszące, bo trzeba Wam wiedzieć, iże jutrzejsze rano znowu takie nie do końca zgodne z mymi przyzwyczajeniami. O ósmej rano w poniedziałki to ja moszczę się wygodnie na krzesełku i spijam słowa z ust Friedricha Zolla, a nie słucham jak winda mówi do mnie: „piętro czwarte”. Pocieszenie – kolega Mela Gibsona też był w moim szpitalu, bo jako aktorzyna już upadły koncept zaposiadł, by nagrywać teksty do wind, po tym jak zawitał na ortopedię. No i ędo jest też lepsza chyba niż orto, przynajmniej można spacerki uskuteczniać.

200) Katjarsis.
31 marca 2008, 17:14 skomciuj (1) Sasasa. Back to Krak! Wykonane jakiś czas temu. Pędzenie zaskakująco puściutką A4 było czystą przyjemnością, jakoż i idea wyrrrwania się z domq, w którem się już dusiłam. Nie, żebym została wypisana ze szpitala, co to to nie. Wciąż na przepustce, ale takiej długawszej tym razem, bo oczekuję jeszcze na główny punkt programu, a jest nim pan Rezonans Magnetyczny. Co prawda może się równie dobrze okazać, że mam z nim schadzkę jutro rano, ale to nic, nic to, już wiem że warto było się przejechać. Właśnie czekam na Carolka, mam nadzieję, że nie poszedł na ćwiczenia z PMP. Będzie miał niespodziankę. Łudzę się, iż się ucieszy.
^^!
Od razu lżej na serduszq, wokół którego zaciskała się okrutna pętla lęku, strachu, paniki etc. Szkoda, że wcześniej nie wpadłam na pomysł, żeby miast użerać się z pielęgniarkami zadzwonić na komórkę do pani ędokrino, coby mi tego typu wypad umożliwiła. Ale co tam. I tak przeżywam oczyszczającą radochę. No i niby uda się wbić nawet do dra Bartłomieja na ćwiczenia jutro. Niestety akurat trafiły nam się upierdliwe kazusy, ale może jeszcze coś wykminię w ich materii, jakem cywilistyczne dziecię. A może się spotkam z kolegą od kawaha? :P
Niom, 200. notka kończy się już wraz z marcem. Pięć miesięcy codziennego pisania. Katjah potrafi!

Eugenio Recuenco, Phideaux, seminarium magisterskie z prawa autorskiego! *____*
