25) Historyczny rozwój instytucji zasiedzenia kinowego fotela.
08 lutego 2007, 16:16 skomciuj (6) Zapiszę dla potomności kultowy przedegzaminowy dialożek. Oto Katjah odziany między innymi w białą koszulkę i żakiecik (ale spodnie to już sztruksowe, nie będzie plucha pluć mi w twarz ni nogawic z poliestru mi germanić), obuwa swe stopy rozmiar 41 i popada w krótką zadumę. Dręczy go pewna sprawa. Musi zapytać o coś podobnie ubranego Carola.
– Bierzesz coś mądrego do autobusu? – pyta więc, bo chce wiedzieć, czy Carol również zapakował sobie do torebki podręcznik bądź notatki z wykładów. Albowiem Katjah czułby się niekomfortowo w każdej z tych asymetrii:
a) gdyby Katjah wziął coś mądrego do autobusu, a Carol nie wziąłby – wówczas Katjah poczułby się jako ten nadgorliwy faszysta;
b) gdyby Carol wziął coś mądrego do autobusu, a Katjah nie wziąłby – wówczas Katjah poczułby się jako ten leniwy komuch.
– Bierzesz coś mądrego do autobusu? – pyta zatem Katjah i z napięciem oczekuje na odpowiedź, która już-już, lada moment, wydobędzie się z Carola, o czym świadczy subtelny zaczyn ruchu mięśni okołoustnych na Carolowej fizys.
– Tak – odpowiada Carol – ciebie.
Mnie! Ach, przepiękny to komplement! Niestety nie wiem, czy okazałam się co najmniej dostatecznie mądra z prawa rzymskiego. To znaczy przygotowana byłam, nie powiem, ale jak jednej grupie dają na opisówce temat: „Elementy czynności prawnych”, zaś moja grupa ma jedyną taką, niesamowitą i obiecującą niesłychane rozkosze możliwość zmierzenia się z „Historycznym rozwojem instytucji zasiedzenia”, to sorx, ale odczuwam nielekki deficyt wartości znanej jako iustitia. Lecz pamiętajmy, w nazwie nie mamy wcale sprawiedliwości, jest za to administracja. Život.
Jednak mój nauczyciel fizyki z liceum to był gość. Bynajmniej nie niedzielny, boć fizę miewaliśmy najczęściej w poniedziałki i piątki. Sarkało się dużo na jego testowe sprawdziany i opisowe nie mniej. Niemniej tak nie mniej to teraz doceniam. Testy bowiem układane były metodą wstrząśnij i zamieszaj, i w ogólnym rozrachunku każdy pisał to samo, acz z innymi danymi.
Mniejsza z tym. Chciałabym jeszcze opowiedzieć historyjkę Jak To Katjah i Inni Wybierali Się na „Źródło” Aronofsky’ego. To dopiero jest anegdotka! Jeszcze przed egzaminem z prawoznawstwa nastąpił mały wyskok do jednego z tych jakże klimatycznych krakowskich kin, w których doskonała jakość obrazu, zmyślne rozmieszczenie foteli, delikatny błysk oznaczenia wyjścia ewakuacyjnego, cicha praca kinematografu i dobry kontrast pomiędzy barwą subtitlesów a światłością ekranu, pozwalają się cały seans radować widokiem czyjejś głowy zasłaniającej 60% rozmazanego ekranu, nie zasłaniającej za to cokolwiek oczojebnej zielonej lampki z uciekającym ludzikiem, radować się takoż buczeniem za plecami w znakomity sposób komponującym się z ścieżką dźwiękową filmu, wreszcie, podszkolić język obcy, gdy akcja obrazu toczy się na, dajmy na to, zaśnieżonej przestrzeni. (Tak, Czytelnik słusznie odgaduje: rozpuściło mnie Cinema City).
Ale to nic jeszcze. Wespół z Carolem i trzema innymi młodymi jurystkami wlazłyśmy do jednego z takich kin, by odkryć tamże, iż wyświetlane „Źródło” to nie świeże dzieło Aronofsky’ego, lecz ździebko przeterminowane dzieło Bergmana. Wycofałyśmy się i zamiast tego poszłyśmy obadać co innego, ale to nieważne, nieważne.
Ważne, że jakiś czas później przeczytałam na forum wydziałowym, że jeden chłopak wybrał się do tego samego sinema zapoznać się ze ździebko przeterminowanym „Źródłem” Bergmana. Usiadł sobie łasy kulturalnego przeżycia, a tu mu Aronofsky wyskakuje niby diabeł z pudełka!
Wywnioskowałam zatem trochę per analogiam, a trochę a contrario, że i ja mogę w ten sposób obejrzeć ów ruchomy obrazek. Miły pan po drugiej stronie kabla telefonicznego potwierdził.
Tyle zachodu, przyznacie. I to wszystko na nic, gdyż rzeczone „Źródło” było po prostu do rzyci. Czytałam wcześniej w neciszczu, że ludzie łzy przy tym ronią. Ja roniłam, owszem, ale ze śmiechu. No sorx, nie mogłam się powstrzymać, gdy widziałam wzlatujące w niebo pierścienie, hostie, łysego dendrofila dryfującego w złocistej bańce i klimat – jak to była uprzejma ująć Carol – przywodzący na myśl filmy edukacyjne o zapładnianiu komórek jajowych (filmy takie sensu stricto, a nie largo porno!) albo kiepskie strony internetowe o jodze. Ale jest nadzieja dla twórców, bowiem mam wrażenie, że puścili oni oko do tych widzów, którzy miast wzruszać się – chichrali się. Acz nie spoilerujmy, a nuż ktoś zapragnie toto obejrzeć. Powiem, że muzyka dobra za to była, tyle że to wiedziałam już wcześniej, bo mi jakiś facet na last.fm polecił widząc, że lubię Clinta Mansella.
Wspomniałam coś o łysym dendrofilu. Otóż ja też takim jestem, ponieważ wciąż nie przygotowałam mych drzew. Ale nic to, będą w jeszcze następniejszej noci, póki co musiałam dodać taką, coby nowy lej nie płakał.

26) Dużo wszystkiego.
12 lutego 2007, 12:11 skomciuj (4) Miniony weekend zdecydowanie godnym był uwagi. Nawiedziły mnie bowiem, niczym zbłąkane dusze stare domostwo, cztery koleżanki z liceum – celem wspólnego pospędzania czasu w sposób intensywny. No tośmy pospędzały, gdy już koleżankom udało się pokonać dystans od bliższych mi bramek autostrady A4 do mej miejscówki, a przyznać trzeba, że pokonywania tego bynajmniej nie ułatwiałam mętnymi telefonicznymi wskazówkami typu: „zjedźcie na Oświęcim”, przez co one niemalże w Skawinie wylądowały. Ale co tam, przyjechały i było wesoło. Tak wesoło, że słyszałyśmy wczesnym rankiem Carola szykującego się do wyjścia na pociąg, i to bynajmniej nie dlatego, że ów Carol nas obudził. Po prostu byłyśmy już w końcowej fazie zdradzania sobie Mrocznych Sekretów. Każdy musiał zdradzić innym zgromadzonym swój Mroczny Sekret, Mroczniejszy, a na koniec Najmroczniejszy. Mnie już przy drugim paliły usta, a przy trzecim – regularne ognisko w gębie. Wstałyśmy, podług planu, o dwunastej. Wspomniałam wcześniej, że było tych koleżanek tyle, ile pór roku. Najsamprzód autkiem przybyły jednakowoż jedynie wiosna, lato i jesień. Po zimę mus było wyskoczyć na dworzec dnia następnego. Na czternastą. Och, jakież radosne miałyśmy miny, gdy nam zima przysłała ezemeza, iże już o trzynastej zgwałci stopami krakowską ziemię! Stanowczo nie lubię wychodzić z domu bez śniadania. Ale za to po powrocie można było spożyć tosty po francusku i walnąć się na materacowy szlak w mym pokebolu, gwarzyć, przysypiać i pykać w głupią gierkę na laptopie. Albo robić obiadokolację. W roli kuchareczek, nie sześciu, lecz dwóch, wystąpiłam z jedną z goszczących u mnie person. Zrobiłyśmy spaghetti i odkryłyśmy, że wiele nas łączy.
– Hm, ja bym dosypała nieco soli. – stwierdziła Karolina po łyżeczkowej degustacji gotującego się, solidnie już doprawionego sosu. – I pieprzu. I oregano?
– Dajmy dużo wszystkiego! – zawołał radośnie Katjah. I dałyśmy. Próbowałyśmy również zrobić czosnkową pastę bawiąc się w Pascala, aczkolwiek nie wyszło nam. Za to inna persona, takoż Karolina, orzekła, że nasz sos jest już zielony. Dużo wszystkiego!
I tak upłynął czas aż do wyjścia na dżamprezkę do lokalu, który to oferuje muzykę bardzo bardzo przywodzącą na myśl zbiory zgromadzone na moim komputerze, co cieszy serce człowieka. I towarzystwo kulturalne, pomijając trójkąciki, kwadraciki i pięciokąciki – egzotyczne wyjątkowo, przewijające się tu i tam. Alibo też napaleńców, co atakowali od tylca, ale na przykład Agnieszkę udało się przed jednym z nich uratować w ostatniej chwili znaną i sprawdzoną metodą rzucenia się na Agnieszkę przez którąś z nas – póki czas.
Kiedy wylazłyśmy, poszłyśmy się pocieszyć po kiepskich lanych rzeczach oferowanych na owej dżamprezce. W tym celu pocisnęłyśmy się do sklepu całodobowego. Podeszłyśmy do lodówki i tak stoimy i się zastanawiamy, czym by tu się nawodnić. Nagle ktoś się odzywa – ochroniarz. Z ust jego wylewa się równie kiepska rzecz, mniej jednakoż materialna. Mam wrażenie, że mężczyzna ów przemawia do mnie w jakimś tajemniczym języku – z pewnością słowiańskim, atoli nic więcej powiedzieć o nim nie mogę. Blablblglbl. Na szczęścia na Agę spada Oświecenie wraz ze wszystkimi mędrcami i filozofami i Aga Rozumie, iż chodzi o to, że nie dzierżymy sklepowego koszyka. Aga zostaje Bohaterką.
Następnego dnia już zachowawczo – wyprawa do centrum i rozszczepienie się na dwa odłamy – Wyznawcy Kościoła Dominikanów i Wyznawcy Galerii Krakowskiej. Gruzińskie Chaczapuri na deser i Ice Tea w sklepie spożywczym Marszałek, z koszykiem pobranym od razu na początku.
Nie ma co, przezacnie było. Jak przyjadę do Katowic, to kontynuujemy zabawę. Będzie dużo wszystkiego. Od wtorku mam nie tylko jedną wolną chatę, ale wręcz dwie.

27) Chwile niedopchnięte.
17 lutego 2007, 22:23 skomciuj (5) Ferie zapowiadały się raczej nudnawo w jednej z dwóch wolnych chat, ale okazuje się, że mam wcale sporo znajomych, wcale chętnych do urozmaicania mi života. Niemniej pozostaje mnogość chwil takich że tak powiem niedopchniętych, bo do wypełnienia. I tak za mną:
1. Obejrzenie lub, jak kcą niektórzy, oglądnięcie pięciu odcinków serialu „Rzym”. Tych z pierwszego sezonu. Miałam ci ja je w domostwie długawo i czekałam z badaniem, aże zdam prawo rzymskie – lubię moje przesądy niezinstytucjonalizowanej astrologii. Pozyskałam z tego boskiego przedmiotu ocenę dobrą, co wprawiło mnie w stan kontrolowanego szoku. Albowiem nie zdziwiłoby mnie ndst, tak przyjazna mi się grupa na egzaminie trafiła. Ale gut, w pełni zdana sesja, Alleluja (bądź, jak mawia koleżanka, allel Lelujki, w kontekście badań nad „Jeżycjadą”) i do przodu. Co do serialu: opowiada on, przynajmniej w tym momencie, historię Cezar vs. Pompejusz. Jest mnogo niezgorszych postaci, ale najbardziej polubiłam chyba wesołego prostaka, Tytusa Pullo. Być może wkrótce przestanę się też chichrać za każdym razem, gdy bohaterowie wspominają coś o sestercjach (sic!) albo zawierają kontrakt emptio-venditio.
2. Ogląrzenie „Rysia”. Czarnowidzący poniekąd mieli rację co do tego obrazka, ale myślę że wybrać się do kina warto i puścić mimo uszu co gorsze gagi a pocieszyć się lepszymi. Gorzej, że trwa toto dwie i pół godziny, a pod koniec następuje podobny przesyt elementów akcji jak w książkach Pratchetta i gubi się wątek.
3. Założenie
forum o Fucktach. Komu w drogę, temu rejestracja, czyli proszę o pomoc w rozkrętce tego interesu wszystkich chętnych.
4. Założenie sobie niewiedziećpoco
lajfdżurnala. To znaczy wiedziećpoco. Ażeby impruwować inglisz, ot co.
5. Sięgnięcie po knigę pod tytułem „Zamęt”, niejakiego Neala Stephensona. Pozycję tę pozyskałam bodaj pod choinkę, i do tej pory czekała sobie ona w ogonku, iżbym wreszcie wypieściła ją wzrokiem. Pod choinkę – czyli sama sobie jej nie wybierałam, a i też nie przyźrzałam jej się w sklepie. Darowanemu koniowi takoż nie zagląda się w zęby, przeto nie zajrzałam. Dopiero teraz wykryłam małą wadę zgryzu, nieco przysłonioną przez obecny na okładce napis „Tom I.”. Oto bowiem po rzuceniu memi oczętami na drugą stroniczkę, zapoznałam się z resztą Prawdy. „Tom I. Cykl barokowy. Część Druga.”. Zaiste, ktoś winien niejednego sesterca wpłacić do mej kasy za ukrycie wady fizycznej i prawnej i każdej innej tejże rzeczy! Ale że pokojowo nastawiona byłam, to pomyślałam sobie, że zawrę osobny kontrakt e-v, który przyniesie mi posiadanie poprzedniej części. Udałam się przeto do Empika w jednym z dostępnych w Wielkich Katowicach hipersupermarketów i tam wyserczowałam odpowiednią półkę. Odkryłam, że poprzednia część zowie się „Żywe srebro”. Szkoda tylko, iże jest tego srebra trzy tomy. Ja rozumiem, że eksportsrebresse oblige, ale żeby aż tak? Podziękowałam pięknie. W rezultacie poczytam sobie Marię Lidię Kossakowską i będzie nieziemska jazda, jak suponuję.
I tak mijają chwile dopchnięte. Niedługo wolna chata zapełni się gawiedzią, nieco bardziej długo nadejdzie drugie moje podejście do egzaminu na prawo jazdy, a jeszcze dłużej zacznie się drugi semestr, na co z utęsknieniem czekam, gdyż ckni mi się do różnych bohaterów krakowskiego życia codziennego, na przykład pana Sławomira, który zaiste godny jest osobnej noci, kiedyś, gdzieś.

Eugenio Recuenco, Phideaux, seminarium magisterskie z prawa autorskiego! *____*
