854) Does anyone actually read my column?


08 lutego 2010, 17:18 skomciuj (0)
No i jestem w Krakówku! Przybyłam po południu; siedząc w domq całe przedpołudnie do końca liczyłam na to, że przestanie sypać w Katowicach śnieg, ale kiedy jeżdżę z Katowic do Krakowa i na odwyrtkę, zawsze niezawodnie musi on sypać. W zimie znaczy się. Tedy sypał, ale nie był aż tak nachalny jak ostatnim razem - widziałam drogę. Jechałam też z normalną prędkością, choć jeszcze byłam trochę screepiona po śnie, który mi się przyśnił tej nocy. Otóż jak zapewne wiecie, wykryto wady w ośmiu modelach Toyoty, w tym w DBS-ie by wykryto, gdyby był dwa lata młodszy. Tymczasem miałam creepy sen, że zaciął mi się pedał gazu i było jak w "Speedzie" albo jak w filmiku Cyanide & Happiness "Waiting for the bus"; a potem umarłam.
Acz pedał gazu się nie zaciął i dotarłam bezpiecznie jako nieumarła. Wiele się od tego przybycia nie zmieni na razie na blogasq - znów będzie o filmie. Czas od przybycia do naszego z Carolem wybycia wieczornego na piwo postanowiłyśmy częściowo przeznaczyć na obejrzenie (nie oglądnięcie!) "Fantastycznego pana Lisa". Ależ był on fantastyczny ten "taki film o Firefoksie"! Ubawiłyśmy się setnie dzięki temu Lisu i innym Zwierzątkom, a także dzięki genialnie szyderczym scenom, który niesamowitą mnogość zapewniono temu widzu. Lis był najfajniejszy, a na drugim miejscu Szczur, a wygrywają sceny z Lisem i Szczurem naraz. Chętnie jeszcze raz obejrzę po polsq. No nie mogę, przeżywam tę bajkę strasznie. xD
Dobrze, muszę się po malutkim malutku przygotowywać do wyjścia, już nie mogę się doczekać naszego spotkania, nieźle się tam w domq bez Was wynudziłam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ;*

853) Vickus.


07 lutego 2010, 19:30 skomciuj (5)
Dzisiejszy dzień dla odmiany nie minął w sposób przesadnie ciekawy, nos mam po wczoraju lekko zakatjarzony i na dwór niewystawny. Chyba że liczy się nocna zagraniczna wyprawa odbiorcza po Martę, która była na osiemnastce w Sosnowcu.
Skreślę tedy parę słów o tym, że w ten weekend nadrobiłam filmowe zaległości, których istnienie trochę mnie wkurzało. Mianowicie oglądnęłam (to skreślone słowo tak mi już weszło w nawyk, że przestaje być żartem; muszę z tym skończyć) sobie "Dystrykt 9" oraz "Wrogów publicznych".
"Dystrykt 9" mię się bardzo spodobał. Wikus nie był tak fajny jak Vicky, a wręcz nie był fajny, tylko foojny. Wszystko w zasadzie było foojne, fookin' creatures przypadły mi do gustu (ale nie mogłabym mieć z nimi żadnej pornograficznej aktywności!), zwłaszcza słitaśne było jak główna krewetka tuliła swoje dziecię, ojoj, puci puci. Wychodzi na to, że widziałam aż cztery z filmów nominowanych do Oscara, rzadko zaiste zdarza mi się takie obeznanie. A jeden nawet dwa razy, hihihi, według "Przekroju" czyni to ze mnie avatardsa.
"Wrogowie publiczni" za to byli dosyć nudni i tak raczej nic specjalniejszego niż spoczko. Tutaj Vicky-Wikus musi zdecydowanie potępić sposób postępowania głównej bohaterki, która w scenie w szatni (prawie jak z "Misia") przeraziła mnie ochoczo zgadzając się na zostanie własnością swego pana i władcy, rzucenie wszystkiego i pójście za tym bandytą gdziekolwiek kce on. Żaden z bohaterów zresztą nie wzbudził szczególnie mej sympatii, no ten grany przez Christiana Bale'a już był najlepszy.
No i tak to. Jutro zaś wybieram się do Krakówka na dwa dni i bardzom z tego rada. \o/

852) Branna.


06 lutego 2010, 16:13 skomciuj (4)
Nie wiem doprawdy, czemu prawie całe życie nie jeździłam na nartach. A tyle razy jeździłam w zimie w Beskidy do babci i tam się nudziłam, no bes kidu. Dzisiaj też w okolicach domostwa babci, w Brennej się pojawiłyśmy z Mutterem i wdrapawszy się z parkingu k' dolnej stacji wyciągu uradziłyśmy, że warto byłoby przed jazdą udać się do łazienki. Skoczyłam tedy (o ile skakać może osoba w taki sposób obuta) do budki, przy której narciarze rozsiadłszy się na ławeczkach raczyli się piwem. Piwo bowiem implikować zwykło toaletę, ale niestety implikowało jedynie trzy Toi-Toie, jak doniosła mi zagadnięta pani z budki. Czyż nie lepiej w takim razie skorzystać z toalety w domu? Lepiej. Do końca jednak nie mogłam się z tym pogodzić, więc gdy w innej budce kupowałyśmy karnety i Mutter płacił, przypomniałam sobie moją Myśl Poranną.
Ty rano tyranem na narty.
Ta Myśl poucza nas, że wiele możemy osiągnąć za pomocą co najmniej asertywności. Postawa "jak to nie ma?" być może jest niegrzeczna, ale jakże skuteczna. Zapytałam tedy panią kaśną, gdzie są toalety i kiedy ta wskazała majaczące w oddali trzy Toi-Toie, powiedziałam niegrzecznie i skutecznie:
- Toi-Toi to nie jest toaleta. Gdzie jest prawdziwa toaleta?
I tak pani zdradziła lokalizację Baru "Ciepełko", w którym za opłatą 1 zu można było skorzystać z prawdziwej toalety, na której drzwiach wisiała przeeezabawna instrukcja obsługi, hihu hihu.
Przyszła w końcu pora na jazdę. Postanowiłyśmy z Mutterem pojeździć niebieską trasą. Ażeby doń się dostać, musiałyśmy wprzód wjechać dwuosobowym orczykiem, a potem talerzykiem. Pochylę się nad orczykiem. Opierając na mojej części mój rewers, nie wiedziałam jeszcze, że u kresu drogi w oczy zajrzy mi smrtka. Dowiedziałam się dopiero naprawdę in fine. In fine było tak skonstruowane, że osoba jadąca z lewej musiała gibko zeskoczyć w lewo, by osoba jadąca z prawej mogła równie gibko zeskoczyć w lewo. Gibkość ta u nas zaszwankowała i gdy Mutter się wyswobodził, zostało mi naprawdę niewiele czasu. Tyle, żeby nieuniknione zderzenie z naprzeciwlegle usypaną górką uczynić jak najmniej dotkliwym. Jednakowoż moje nogi się rozjechały, a narty zrobiły V jak Vendetta. Adrenalina podskoczyła mi niesamowicie, gdyż miałam świadomość co się stanie już za parę sekund, jeżeli nie ucieknę - dostanę w łeb następnym orczykiem. Niby w grze zręcznościowej - ino że nie zamiast szydzących z grawitacji ruchomych kładek latały właśnie orczyki - w ostatniej chwili przemknęłam na drugą stronę.
Po tych przeżyciach sama w sobie jazda była prawie nudna. Była za to urokliwa pogoda (może zbytnie Ciepełko nawet), idealny śnieżek i niewiele narciarzy jak na sobotę. Przeto bawiłam się przednio! ^___^

851) Lackier.


05 lutego 2010, 22:09 skomciuj (2)
Cały dzień leniuchowałam w domq i można by powiedzieć, że w ogóle się z niego nie ruszyłam, gdyby nie przybycie pani listonoszki. Posłyszawszy dzwonek domofonu, zbiegłam po schodach i przez okno ujrzałam listonośną postać. Pro forma zapytawszy przez domofon kto tam, poinformowałam, ze już nadchodzę i ruszyłam po buty i kurtkę. Luty przyszedł, a obuć nie jest tak prosto. Albowiem chwilkę wcześniej sobie akurat pomalowałam paznokcie u stóp na niebiesko. Kolor nie jest tak istotny (taka jest smutna prawda) jak świeżość tego lakieru. Zawróciłam wobec tego w okolice wzmiankowanego okna, by wpuścić może jednakowoż listonoszkę przez furtkę. Niestety była widoczna jeno furtka, a na niej trzęsąca się konstrukcja z kilku kopert i paczuszki. Odczekałam tedy dłuższą chwilkę kontemplując ową konstrukcję, na gołe stopy założyłam kozaki i udałam się do piekła pocztowego. Żeby jeszcze coś było dla mnie, ale nie, dla wszystkich tylko nie dla mnie. Zabrałam się za malowanie paznokci manualnych, na bezbarwno. Nie dane było mi się w pełni cieszyć rozprowadzaniem resztek emalii postrzępionych pędzelkiem po wysuszonej płytce, gdyż znów ktoś zadzwonił. Wyjrzałam przez okno piętro wyżej tym razem i dobrze zrobiłam, bo spostrzegłam sylwetki kręcącej się w pobliżu dziatwy i nikogo przy furtce, ergo znowu dziatwa zrobiła mega zabawny kawał.
No i najważniejsze, że paznokcie są już piękne, a ja wyleniuchowana i z przyjemnością jutro zakryję manicure rękawiczkami narciarskimi, by udać się do Brennej i wyrwać się z dopadającej mnie pomalutku nudy.
***\O/***
****|****
,___/\___,

850) Zaginiony symbol.


04 lutego 2010, 20:48 skomciuj (0)
Ach, Czytelniku, nie masz pojęcia jak mi tęskno było za jakimś prostym, głupiutkim czytadłem, któremu mogłabym zrobić om nom nom w jeden dzień i stracić kawałek mózgu. Od czasu zapoznania się z prozą S. Meyer nie miałam tego typu przyjemności. Na szczęście w domu była kupiona przez Vatera nowa książka Dana Browna. Nie "Sherlock Holmes" jednak, a - "Zaginiony symbol". I choć dzielnie czytam od rana, to chyba dziś się z tym nie wyrobię, Dan bowiem napłodził aż sześćset stron. To nic, radości będzie na dłużej! Jak na razie dowiedziałam się trochę o masonach. Spodziewałam się czegoś więcej po Danie, to było kul w czasach "Pana Samochodzika i Niesamowitego Dworu". Za to Dan bardzo sprytnie poszedł w stronę modnego za sprawą "Sekretu" usiłowania wpływania umysłem na materię. Dowiedziałam się też, że już starożytni znali się na fizyce kwantowej. Uzupełniłam również o nowe elementy moją listę rzeczy, których powinien wystrzegać się pisarz. No i taką to mam zabawę daną przez Dana.
Całego dnia z "Zaginionym symbolem" bym nie zdzierżyła; miałam przerwę, gdyż pojechałam z Mutterem na łyżwy. Mam jakiś dzień wniosków racjonalizatorskich, bo nie dość że mam mnóstwo dobrych rad dla Dana, to jeszcze dla osób odpowiadających za organizację tegoż lodowiska, położonego w magicznym, przesyconym śląskością Nikiszowcu. Z niewiadomych przyczyn dopuszcza się tamże do wytworzenia się długiej, wieloskrętnej kolejki. Miast co najmniej pół godziny przed ślizgawką otworzyć kasy i sprzedawać bilety, zaczyna się sprzedaż na pięć minut przed, co zdecydowanie ma sens. Następnie zaś mając do wydania klucze do szafek w pięciu różnych sektorach, A-E, warto by je było tak wydać, żeby raz dawać ludziom E, raz C, raz B itd. A nie dać wszystkim przybyłym E! W cudowny sposób pozwoliłoby to uniknąć takich sytuacji jak ta, kiedy jakiś koleś prawie zepchnął mnie z wąskiej ławeczki, żeby dostać się do swojej szafeczki. Przesunęłabym się, gdybym tylko miała choć centymetr miejsca na to. Ale sam w sobie Lód był już fajny, pojeździłam sobie wspak i się cieszyłam. Gdy już wyszłyśmy z tego niezorganizowanego przybytku, stało się tak, że Mutteru wyślizgnęły się z kieszeni dokumenty i spadły gdzieś w śnieg. Dłuższą chwilę poszukiwałyśmy zaginionego symbolu, szczęściem przybył jakiś pan i dostrzegł je pod swoim samochodem zaparkowanym obok pola poszukiwań. Gdyby je specjalnie chcieć tam wcisnąć, to by nigdy się nie udało, a przypadkiem to owszem. Pan odjechał, dokumenty uratowane. Odjechałyśmy k'magicznym, przesyconym śląskością Murckom. ^^

849) Chory dorosły.


03 lutego 2010, 22:41 skomciuj (1)
Odwiedziłam dzisiaj mą lekarkę i jak zwykle były to dość długie odwiedziny, bo przybyłam ekstraordynaryjnie wcześnie kcąc zająć Sobie miejsce w kolejce. Lekarka natomiast przybyła ekstraordynaryjnie późno. Na szczęście był ze mną "Pan Lodowego Ogrodu 3", ale nie powiem żebym mogła jakoś szczególnie skupić się na lekturze, gdyż poczekalnia została opanowana przez chore dzieci. Biegały one, wrzeszczały, śpiewały, grały w głośne gry na komórkach.
- Pawełku, wyłącz dźwięk, bo tu jest za głośno - Jeden z rodziców Poczuł Się.
- Nie, bo właśnie tu jest za cicho! - rzekł Pawełek i w tym momencie trzeba było nieco docenić chore dziecko. Zarazem też zostałam wezwana do gabinetu jako chory dorosły i tyle mnie widzieli.
Nie zobaczyli mnie wszakże prędko w domu, bowiem postanowiłam przejść się do pobliskiej apteki. Podetknęłam temu farmaceutu receptę, ale niestety pożądanych leków nie było. Insza apteka była zamknięta, a jeszcze insza - zdążyła zmienić się od mojej ostatniej wizyty w jakiś sklep. Na dalsze poszukiwania wyruszyłam samochodem, ale skoro już udało mi się ruszyć wygrzebawszy się z parkingowej zaspy, pojechałam zbyt dynamicznie i przejechałam mimo obiecująco wyglądający neon. Można by poszukiwać zwrotnie, ale już machnęłam na to ręką. Dalej już nic nie było niestety, choć jedna apteka trafiła się w centrumie handlowym Trzy Stawy. Zatrzymałam się tam tedy i byłam pewna, że tam to już na pewno się uda. Gdzie tam? Tamże. Nie było moich lekarstw! W smuteczu ogromnym wyruszyłam do domq. Może jutro będzie lepiej. Choć każdoczesny wyjazd z Murcek jest nieco creepy, gdyż nie samochodem się steruje, a jakby saniami. Przy czym niektórzy z mieszkańców nie mają wyobraźni i nieraz tak się ustawią na tej śnieżnej połaci, że potem znów trzeba się odkopywać, bo kcąc uniknąć kolizji wjechało się w zaspę.
Ech, wiosno, napierdalaj. :*

848) Pewnie.


02 lutego 2010, 19:59 skomciuj (1)
Ździebko się obawiałam, co by się stało się, gdybym sama jedna przyszła na ów egzamin z angielskiego. Byłżeby on wtedy ustnym, przeto niewskazanym, gdy się nie ma tak idealnej pronuncjacji jak profesor? Obawiłam się nieco bardziej, kiedy wbiłam do budynku, który łączy ze sobą ul. Gołębią i ul. św. Anny. Taki bowiem obraz został przekazany do mojego mózgu: przy sali numer 13 żywej duszy brak. No nic. Przycupnęłam na parapecie wspominając jak to się na nim siedziało w oczekiwaniu na ćwiczenia z Rzymu na I roku (ho ho, tak tak) i siedziałam w oczekiwaniu. Wkrótce pojawiła się żywa dusza, a po niej dwie następne, co uspokoiło mnie raczej. Wszakże pojawił się nowy problem - dziesiąta minęła, a profesor ze swą pronuncjacją nie przebywali ani przy Gołębiej, ani przy św. Anny. Pojawiła się za to pani z - jak naprędce domniemałam - sekretariatu.
- Ojej, na co czekacie? Na jakiś egzamin? U profesora B.? O, to ja może pójdę po klucz, wejdziecie sobie. Profesor pewnie przyjdzie.
Weszliśmy sobie i jęliśmy nerwowo acz żartobliwie wykładać zwrot "profesor pewnie przyjdzie". Przeważyło stanowisko optymistycznie i w istocie, profesor przyszedł i już o 10:20 zaczęliśmy pisać egzamin. To dobry moment, żeby wspomnieć, iż w sali numer 13 unosił się wprawdzie duch historii Polski, ale było też nieznośnie zimno, sprzątaczka bowiem - jak wytłumaczył profesor B. - zapomniała zamknąć na noc okno. Profesor dał nam pycha radę, żebyśmy sobie założyli kurtki. Dlaczego z rady tej nie skorzystałam? Oto w sali numer 13 nie ma stołów, są za to pulpity przyczepne do krzeseł. Rozłożywszy taki pulpit w chęci zeń skorzystania mus pochylić się nad nim przybierając pozycję powszechnie uznawaną za niewygodną. Założenie do tego dodatkowo puchowej kurtki jeszcze bardziej skrępowałoby ruchy piszącego. A tak to jedynie krępował piszącego fakt, iż niska temperatura w połączeniu z dużym nachyleniem ciała implikowała wyciek z nosa.
Jednakowoż nie można pozwolić, by te minusy przesłoniły ogromny plus egzaminu, a mianowicie powtórzenie się pytań z poprzedniego terminu. I tak z powodu minusów jak i plusów egzaminu wyszłam sporo przed końcem.
I. Mam. Ferie! ^_________^

Eugenio Recuenco, Phideaux, seminarium magisterskie z prawa autorskiego! *____*

Blogaseq

Księga gości

Archiwum

2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad

O mię